Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
czwartek, 27 września 2007
Niedosyt

Dziś w Londynie rozlosowano pary pierwszej rundy przyszłorocznych rozgrywek Pucharu Davisa. Polska, która po raz pierwszy od 15 lat awansowała do grupy I (bezpośredniego zaplecza elity) zmierzy się ze Szwajcarią.

Niby fajnie, bo po nudnych jak flaki z olejem meczach z Nigerią, czy Marokiem, nasi tenisiści wreszcie zagrają z niezłą ekipą (Szwajcarzy dopiero co wypadli z Grupy Światowej), ale pewien NIEDOSYT, jak mawiają piłkarscy komentatorzy z TVP, jednak pozostaje.

Po pierwsze, mecz odbędzie się na wyjeździe, prawdopodobnie w Genewie. Przesądziło o tym losowanie, które jest absolutnie kluczowe w moim NIEDOSYCIE. Normalnie w Pucharze Davisa jest bowiem tak, że jeśli po raz ostatni Szwajcaria grała z Polską na wyjeździe, to teraz spotkanie powinno być w Polsce. I tak właśnie by było, bo Polska grała z tym rywalem ostatnio właśnie na wyjeździe. Ale jest pewien kruczek - dotyczy to tylko spotkań rozegranych po 1970 r. a my ostatni mecze ze Szwajcarią graliśmy w 1958 r. w Lozannie. Dlatego teraz o wyborze gospodarza przesądziło losowanie. Wygrali je Szwajcarzy. Szkoda, bo dla nich przyjazd reprezentacji Polski do żadna atrakcja. Od kilku lat potykali się m.in. z Hiszpanią, Australią, czy USA. U nas lutowy mecz mógłby być mega wydarzeniem. Szczególnie jeśli pojawiłby się na nim ten pan...

Roger 

... ale na 99 proc. się nie pojawi. I to jest ten drugi i jeszcze większy NIEDOSYT. Federer gra w reprezentacji tylko od wielkiego dzwonu, najczęściej gdy Szwajcaria zagrożona jest spadkiem do niższej grupy (tak było w tym roku i w dwóch poprzednich sezonach). Szansa, że mistrz przyjedzie na spotkanie pierwszej rundy w grupie I, żeby znokautować Kubota, czy Przysiężnego, jest minimalna. Czy bez Federera, mamy w ogóle szanse ze Szwajcarami? Liderem przeciwników będzie Stanislas Wawrinka, zawodnik numer 44. w rankingu ATP. Raczej poza zasięgiem naszych asów. Trzeba więc będzie liczyć na debel i to, że nasi liderzy uporają się z Marco Chiudinellim i Stephanem Bohlim, a w to uwierzyć już można.

A na koniec trochę muzyki. Właśnie zakupiłem w internecie koszulkę pewnego absolutnie kultowego zespołu na "J". Oto mój ulubiony kawałek, który mam nadzieję ukoi choć trochę mój dzisiejszy NIEDOSYT:

 

20:04, mastaar
Link Komentarze (2) »
wtorek, 25 września 2007
Ziobro się nie nadaje

Tym razem nie będzie o tenisie, ale o życiu, biurokracji i ministrze sprawiedliwości.

Wczoraj Robert Radwański zdenerwował się na swoją córkę, że przegrała wygrany mecz w Luksemburgu.

Dziś zdenerwowałem się ja. Zdenerwowałem się w sądzie. I wcale nie siedziałem na ławie oskarżonych.

Załatwiałem dwie proste - zdawałoby się - spawy w Sądzie Rejonowym dla Warszawy Mokotowa w Wydziale Ksiąg Wieczystych (taki ponury budynek z lat 50-tych niedaleko Starówki). Sprawy były zupełnie przyziemne, dla uproszczenia: musiałem zostawić jeden papier, zabrać inny i kupić znaczek sądowy za 60 zł.

Czas? 2 godziny i 30 min. Stałem w sumie w czterech mega kolejkach, ze cztery razy zmieniałem piętra, doświadczyłem na własnej skórze sceny z "Misia": "Jem przecież! Przerwa jest!; oraz sceny jeszcze nie wykorzystanej w żadnym filmie: "Przez najbliższe 45 minut będziemy drukować księgę wieczystą jakąśtam, więc proszę iść do innego pokoju. Lub czekać".

Gdy tak sobie stałem w mega kolejce numer trzy, byłem już nieźle wściekły. I wtedy moim oczom ukazała się przylepiona do drzwi kartka, którą z biurokratycznej nowomowy na język ludzki można przetłumaczyć tak:

„Czas oczekiwania się wydłużył. Winę za opóźnienia ponosi Ministerstwo Sprawiedliwości, które źle przygotowało nasz system". Podpis: "Prezes Sądu". Dopisek: "Za utrudnienia przepraszamy".

I dochodzimy do sedna. Ministerstwem kieruje ten pan...

 Ten Pan się nie nadaje

...niektórzy go lubią, inni nie. Ja wiem. Wiem, bo doświadczyłem na własnej skórze, wiem, że ten pan się nie nadaje.

PS. I żeby nie było, że rozpieszczony jestem albo pierwszy raz byłem w polskim sądzie. Na załatwianiu różnych urzędowych "papiórków" spędziłem pół życia. W tym sądzie też byłem już kilkanaście razy. Tak źle nie było nigdy.

poniedziałek, 24 września 2007
Przez kogo Radwańska przegrała seta...

...przez takiego jednego co siedzi koło mnie w redakcji po prawej stronie biurka i robi ten niby śmieszny serwis na "Z". Ostatnio głośno było o jego fryzurze. Dziś ma dyżur internetowy - czyli odpowiada za wrzucanie newsów. Gdy Radwańska prowadziła 6:4, 5:2, powiedział do mnie: "Pisz!, Zaraz wrzucimy, że wygrała!". No i stało się... Napisałem, że wygrała. Czekaliśmy na wrzucenie, ale z 5:2, zrobiło się 5:3, potem 5:4, 5:5, 5:6 i 5:7. Jak przegra cały mecz, to urwę mu głowę, choć do siebie też mam pretensje, że dałem się namówić na pisanie przed końcem.

Dawaj Aga!

UPDATE. Niestety przegrała. 6:4, 5:7, 1:6. Zaraz urwę komuś głowę... Ale najpierw zadzwonię do trenera.

UPDATE 2. Rozmawiałem z trenerem Radwańskim. - Jestem wściekły - powiedział. Dobra wiadomość jest taka, że mój kolega z prawej strony biurka, chyba jednak przeżyje. Radwański był bowiem zły, nie na niego, lecz na swoją córkę. Co jeszcze powiedział? Zapraszam do lektury. Ale nie wiem kiedy dokładnie, bo teksty do internetu wrzuca dziś... no wiecie kto.

Szavay!

19-letnia Węgierka Agnes Szavay przegrywała w finale w Pekinie z trzecią tenisistką świata Jeleną Janković 6:7, 1:5. Ale potrafiła się podnieść i wygrać! Spotkanie zakończyło się wynikiem 6:7, 7:5, 6:2. Dla mnie triumf Szavay był tenisowym wydarzeniem weekendu. Szavay w ciągu tego roku awansowała z 207. na 20. miejsce w rankingu WTA. Wielkie brawa dla młodej Węgierki, która przebojem wdarła się do elity. 

Agnes Szavay

Szavay stawiam na pierwszym miejscu, ale zaraz potem było mnóstwo wielkich wydarzeń w Pucharze Davisa. I dla mnie dużo ciekawsze rzeczy działy się w barażach, a nie w półfinałach (zgodnie z przewidywaniami będzie finał USA - Rosja).

Po pierwsze - porażka Szwajcarów z Czechami w Pradze. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że u Helwetów zagrał sam Roger Federer. Wygrał dwa single, ale tym razem nic to nie dało (a ratował już rodaków przed spadkiem dwukrotnie). Stanislas Wawrinka był bowiem za słaby na Radka Stepanka i Tomasa Berdycha, którzy zasłyżuli na duże czeskie piwo.

 Radek Stepanek

Po drugie - koniec kariery Tima Henmana na Wimbledonie. Tim skończył jak zawsze elegancko - zwycięstwami, które dały Brytyjczykom 4:1 z Chorwacją i utrzymanie w grupie światowej. Ponieważ Tima zawsze lubiłem, własnoręcznie wstawiłem mu pożegnalne zdjęcie do dzisiejszej "Gazety Sport" na s. 22 (z córeczką Rosie).

 Tim & Rosie Henman

W ten weekend zazdrościłem Węgrom (Szavay), ale przede wszystkim Serbom, którzy przed 20 tys. kibiców w Belgradzie pokonali w Pucharze Davisa Australię z Lleytonem Hewittem w składzie.

 Novak Djokovic

Może niedługo i nas czekają takie emocje. W końcu nasza reprezentacja też awansowała, co prawda z III ligi do II, ale to zawsze coś. Teraz możemy się chwalić, że gramy w tej samej lidze co Federer...

A dziś Radwańska gra z Azarenką w Luksemburgu.

piątek, 21 września 2007
Czy tenisiści umieją śpiewać?

W większości przypadków niestety nie. Najbardziej zresztą fałszuje chyba Federer. Na pewno tenisistom nie można jednak odmówić luzu i poczucia humoru.

Kto nie widział, niech obejrzy koniecznie kultowe tenisowe karaoke, które francuska telewizja nakręciła przy okazji Rolanda Garrosa. Wiem, wiem, rzecz jest stara, była już m.in. na "Z Czuba" , ale ja przed weekendem i tak sobie to puszczę, a co! Najpierw próbka Any Ivanović...

No i 10 minutowa całość (występują m.in. Federer, Serena Williams, Nadal, Djoković, Dementiewa, Henin)

W jakiej innej dyscyplinie sportu czołowi zawodnicy zdecydowaliby się na coś takiego? Tenis rządzi.

czwartek, 20 września 2007
Federer znów uratuje Szwajcarię?

 Flaga Szwajcarii

Wyobraźcie sobie, że Ronaldinho odmawia gry w kadrze Brazylii, mówiąc, że najważniejsza jest dla niego Barcelona i koncentruje się na grze w klubie. Na dodatek, podkreśla otwarcie, że robi to dla dobra własnej kariery. Owszem, zagra dla reprezentacji, ale tylko wtedy, gdy sytuacja zrobi się naprawdę dramatyczna, np. Brazylijczykom będzie grozić absencja na mundialu, albo - gdy już na samych mistrzostwach - o wyjściu z grupy będzie decydował ostatni mecz. Dopiero wtedy Ronaldinho wsiądzie w samolot, założy żółtą koszulkę i dołączał do kolegów.

Fikcja? Chyba tak, w każdym razie w piłce nożnej trudno sobie wyobrazić taką sytuację.

Zupełnie inaczej jest w tenisie. Dokładnie tak jak opisałem powyżej, zachowuje się bowiem najlepszy tenisista świata Roger Federer, który w reprezentacji Szwajcarii na Puchar Davisa grywa rzadko. Mówi otwarcie, że koncentruje się na własnej karierze w singlu. Dopiero, gdy Szwajcaria naprawdę jest pod ścianą, wraca do drużyny. Np. od jutra Federer przystrojony w narodowe barwy będzie bił się w Pradze z Czechami o być albo nie być Szwajcarów w Grupie Światowej. Przegrany spadnie bowiem do II ligi, czyli Grupy I Strefy-Euroafrykańskiej. Federer zachowuje się identycznie od trzech lat. W meczach, gdy Szwajcarzy przegrywali z Hiszpanią, Australią i Holandią nie grał. Zjawiał się dopiero na play-offy z Wielką Brytanią, Serbią i teraz na Czechów.

 Federer

Najciekawsze jest to, że nikt Szwajcarowi nie robi z tego powodu wyrzutów. Żadna szwajcarska gazeta nigdy nie napisała, że lider światowego rankingu nie jest patriotą, albo że lekceważy kolegów z drużyny, albo że zaprzepaszcza szansę swojego kraju na dobry wynik w rozgrywkach.

Szczerze mówiąc, tak do końca nie wiem na czym polega ten fenomen. Wydaje mi się, że decydują dwie rzeczy. Po pierwsze rozgrywki Pucharu Davisa nijak mają się do ważnych narodowych meczów piłkarskich (MŚ, ME). Specyfika tenisa, szczególnie w ostatnich latach, polega na tym, że sport ten stał się niemal wyłącznie synonimem gry na turniejach w singlu. Nie liczy się już debel, ani rozgrywki drużynowe. Czują to wszyscy: zawodnicy, kibice i dziennikarze. Dlatego zachowanie Federera, gracza walczącego w końcu o miano najlepszego w historii dyscypliny, uważają za logiczne/ racjonalne/ uzasadznione/ słuszne.

Druga przyczyna jest bardziej prozaiczna - Federer po prostu zawsze przynosi zwycięstwa. Dzięki niemu Szwajcarzy pokonali Wielką Brytanię (2006) i Serbię (2005), utrzymując się w elicie Pucharu Davisa.

Zastanawiam się tylko, co będzie, gdy Szwajcarzy z Federerem w składzie kiedyś przegrają. Czy też nikt nie powie o nim złego słowa? I czy Szwajcar będzie się potem fatygował na spotkania Grupy I Strefy Euro-Afrykańskiej?

środa, 19 września 2007
Wspomnienie Nowego Jorku

Kort centralny 

Niespełna dwa tygodnie temu wróciłem z Nowego Jorku, gdzie byłem korespondentem "Gazety" i Sport.pl na US Open. Wyjazd udał się znakomicie, szczególnie po tym jak Agnieszka Radwańska utarła nosa Szarapowej i przez dwa dni była na ustach wszystkich - pisał o niej "New York Times", mówili eksperci itd. itp.

Nie o tym jednak chciałem dziś napisać. Po powrocie z takiego wyjazdu część "niegazetowych" znajomych na mój widok robi wielkie oczy i zastanawia się, czego to ja nie robiłem "w tym Nowym Jorku": - No przecież byłeś dwa tygodnie. Pewnie Manhattan obszedłeś dookoła trzy razy, byłeś we wszystkich kultowych klubach, knajpach, zaliczyłeś trzy premiery na Broadway'u i wypiłeś hektolitr Budweisera! - konstatują.

Otóż nie! Chciałem raz na zawsze uciąć te nieprawdziwe wyobrażenia na temat dziennikarskich wyjazdów, np. takich jak na US Open. Z tych dwóch tygodni najwięcej czasu spędziłem w betonowym biurze prasowym pod stadionem Arthura Ashe'a (betonu jest tyle, że nie działają tam nawet komórki), pisząc czasem po trzy teksty dziennie. Wszystko przez zabójczą różnicą czasu (6 godzin do tyłu) - trzeba więc było pisać teksty na pierwsze i drugie wydanie ("Gazeta" drukuje się przecież płynnie, to co dostaje czytelnik w Olsztynie, różni się od tego, co mają Katowice, czy Warszawa). Różnica czasu powoduje, że wstać trzeba bladym świtem - koledzy w redakcji są przecież na nogach już od dawna i czekają na informację co, ile, i kiedy dziś przyślę. Informacja to jedno, potem trzeba jeszcze to napisać, czyli pojechać do biura prasowego (w moim przypadku bagatela 2 godziny jazdy metrem, jedna przesiadka, 38 stacji!). Gdy pierwszy tekst jest wysłany, w Nowym Jorku jest dopiero godz. 11, czyli dopiero zaczynają grać. Teraz można zacząć się zastanawiać co na drugie wydanie i iść oglądać wybrane mecze. Potem znów trzeba wysłać tekst, którego napisanie to czasem też nie taka prosta technicznie sprawa. Trzeba poczekać na konferencję, np. Agnieszki Radwańskiej, znaleźć na kortach jej ojca, poprosić kogoś o komentarz. Wszystko to pod presją czasu, bo przecież w Polsce zaraz będzie północ. Gdy nad Wisłą jest już głęboka noc, ja nadal jestem na kortach (są w parku na dalekim Queensie, niestety daleko od Manhattanu, klubów i knajpek...) i oglądam sesję wieczorną, bo w niej są przecież najważniejsze mecze. Potem wsiadam w metro i za dwie godziny (jak "7" i "F" przyjadą na czas), czyli często po północy lokalnego czasu, jestem z powrotem u kuzynki, gdzie się zatrzymałem i idę spać. Od rana mam "Dzień świstaka"...

Nie chodzi o to, że narzekam. Wyjazd i oglądanie sportowego wydarzenia na żywo jest najfajniejszą rzeczą, jaka może przytrafić się dziennikarzowi. Chodzi o to, że nie wszyscy zdają sobie sprawę, że będąc w Nowym Jorku, można go w ogóle nie zobaczyć...

PS. Na szczęście polskie gazety nie ukazują się w niedzielę, dzięki czemu trochę Nowego Jorku jednak zobaczyłem. Na zdjęciu zastanawiam się co napiszę następnego dnia, podczas przejażdżki kolejką linową na Roosevelt Island...

 Autor myśli co napisze

PS2. Zdjęcia zrobiła moja kuzynka Ula, która też pisze bloga . Można na nim zobaczyć m.in. zdjęcia ze skutkami tornada, które kilka tygodni temu nawiedziło Brooklyn. Serio! Są powyrywane drzewa i zniszczone samochody!

wtorek, 18 września 2007
Terracotta Warriors

To są zdjęcia z oficjalnej strony ATP. Męska federacja wynajęła rzeźbiarza aby uwiecznił dla potomności najlepszych tenisistów. Kolekcja ma wdzięczną nazwę "Terracotta Warriors" i ma uświetnić tegoroczny Masters Cup w Szanghaju. :-)

 Roger?

Roger?

 Rafa

To na pewno jest Rafa

 Novak?

A to chyba Novak...

Polska bez Kubota!

Zapowiadany c.d.

Niestety w Puszczykowie nie zagra nasz najlepszy tenisista Łukasz Kubot (ATP 166).

 Lukasz Kubot

- Tydzień temu w challengerze w Pradze skręcił staw skokowy. Lekarze robili co mogli, ale ostatecznie uznali, że nie można ryzykować - powiedział Radosław Szymanik, asystent kapitana reprezentacji Nicka Browna. W singlach Polskę reprezentować będą więc Michał Przysiężny (ATP 221) i Dawid Olejniczak (ATP 368), a w deblu Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski.

Osłabieni mogą być też jednak Marokańczycy. W zgłoszonej do Międzynarodowej Federacji Tenisowej (ITF) kadrze brakuje bowiem jedynej gwiazdy - Younesa El Aynaoui'ego, byłego 14. zawodnika rankingu ATP. El Aynaoui, choć ma 36 lat, to wciąż gra na przyzwoitym poziomie (ATP 144). - Wiemy, że od kilku tygodni zmagał się z kontuzją. Ale do czwartku Marokańczycy mogą dokonywać zmian. Na razie mają w składzie samych młodych, nisko notowanych zawodników. Jeśli El Aynaoui do nich nie dołączy, będzie to dla nich duże osłabienie - podkreślił Szymanik.

Polska gra z Marokiem o II ligę

OK, dość już Szarapowej i jej romansów. Skupmy się wreszcie na rzeczach w tenisie naprawdę istotnych :-)

Otóż, mało się o tym mówi i pisze, ale w najbliższy weekend (21-23 września) tenisową reprezentację Polski czeka arcyważny mecz. W Puszczykowie pod Poznaniem "biało-czerwoni" zmierzą się z Marokiem o awans do Grupy I Strefy Euro-afrykańskiej. Wiem, wiem, już sama nazwa brzmi strasznie, ale niestety polski tenis jest w tej chwili właśnie ta takim "euro-afrykańskim" poziomie.

W naszej tenisowej mikroskali stawka meczu jest więc ogromna, bo reprezentacja Polski nie grała w Grupie I, czyli na bezpośrednim zapleczu Grupy Światowej od 15 lat (przegrana z Norwegią na wyjeździe 1-4)! Oznacza to, że od 15 lat gramy w III lidze. Teraz bijemy się o awans do ligi II.

Dlaczego jeszcze mecz z Marokiem jest ważny? Bo w przeciwieństwie do spotkania z Włochami w 2004 r., którego stawką też był awans, Polska gra tym razem u siebie, i z dużo niżej notowanym od Italii rywalem. Jesteśmy więc faworytami.

Szansa jest tym większa, że Polacy w tym sezonie Pucharu Davisa spisują się doskonale. W pierwszej rundzie wygrali 5-0 z Nigerią w Abudży, a potem, znów na wyjeździe, i znów 5-0, pokonali w Salonikach Grecję.

Kto gra w reprezentacji? Łukasz Kubot, Michał Przysiężny, Dawid Olejniczak (rezerwowy singlista) oraz debliści Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski. Kapitanem reprezentacji jest Anglik Nick Brown, który kilkanaście lat temu zasłynął pokonaniem na Wimbledonie Gorana Ivanisevicia (to ten pan w mundurze armii chorwackiej).

Goran Ivanisevic

Brown ma jednak problem, bo jako kapitana Polaków nie chce go uznać zawiadująca Pucharem Davisa Międzynarodowa Federacja Tenisowa (ITF). Oficjalnie kapitanem jest więc Radosław Szymanik, a Brown pełni rolę koordynatora.

W kadrze Maroka największą gwiazdą jest weteran Younes El Aynaoui. 36-latek pochodzący z Rabatu w 2003 r. był 14. na świecie. W swoim kraju jest nie tylko najpopularniejszym sportowcem, ale osobistością w ogóle. Media często stawiają go za wzór dla nastolatków.

Younes El Aynaoui

El Aynaoui w trwającej 15 lat karierze zarobił 4 mln dol, wygrał pięć turniejów ATP (m.in. w Monachium i Dausze). Kibice pamiętają go na pewno z Australian Open 2003, gdy sprawił sensację eliminując rozstawionego z jedynką Lleytona Hewitta, a potem przez blisko sześć godzin walczył z Andym Roddickiem. Ostatecznie przegrał w pięciu setach, ale wynik 19:21 w ostatniej partii był wówczas rekordem w Wielkim Szlemie. El Aynaoui ma też imponujący bilans w Pucharze Davisa - rozegrał 45 spotkań, wygrywając 27 z nich.

Ale uwaga, właśnie sprawdziłem zgłoszone składy na stronie www.daviscup.org, i El Aynaoui'ego nie ma w kadrze na mecz z Polską...

C.d.n.

 
1 , 2
| < Wrzesień 2007 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
          1 2
3 4 5 6 7 8 9
10 11 12 13 14 15 16
17 18 19 20 21 22 23
24 25 26 27 28 29 30
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter