Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
Kategorie: Wszystkie | Federer | Life is brutal | Polski tenis | Radwańska | Szarapowa | Tenis na świecie
RSS
niedziela, 30 sierpnia 2009
Polowanie na Radwańską w Kids Day

Całą sobotę polowaliśmy z koleżanką Martą z "Przeglądu Sportowego" na rozmowę z Agnieszką Radwańską, której występ w US Open może być poważnie zagrożony przez kontuzję - zapalenie ścięgna przy palcu serdecznym w prawej dłoni. Bez takiej rozmowy, nasz przyjazd do NY właściwie traciłby sens. Wywiad z kontuzjowaną tenisistką, która może nie dograć pierwszego meczu, to absolutny priorytet zapowiedzi US Open w naszych gazetach. W niedzielę było dla nas za późno na rozmowę ze względu na dedlajny w redakcjach. Musieliśmy mieć wywiad w sobotę.

Myśleliśmy, że będzie z górki, bo Agnieszka przyjedzie na trening wczesnym popołudniem Ale niestety cały czas padało. Trener Radwański nie odpisywał na SMS-y, co niepokoiło nas jeszcze bardziej. W końcu się odezwał. I okazało się, że pojechali trenować gdzieś, hen poza Nowy Jork w hali.

Na szczęście, Agnieszka miała pojawić się o 16.30 na obowiązkowym spotkaniu tenisistek z władzami WTA, które odbyło się w głównej sali prasowej pod Arthur Ashe Stadium.

Nasze zamiary zaczął jednak poważnie sabotować kierowca lexusa, oficjalnego samochodu US Open, który spóźnił się po odbiór Radwańskich z tej hali godzinę (miał być o 15, był o 16)!

Agnieszka spóźniła się więc na spotkanie i była prawie pewna, że będzie musiała płacić 4 tys. dol. kary. Kiedy przebiegała koło nas pędząc na spotkanie, nie zdążyliśmy nawet powiedzieć „dzień dobry", a Agnieszka miała na twarzy wymalowaną minę: „Z drogi, bo pozabijam!!!".

Ok. 18 z sali zaczęły wchodzić pierwsze tenisistki - Hantuchova, Cirstea, Safina, Mirza.... wreszcie pojawiła się Agnieszka, ale gdy nas zobaczyła, od razu powiedziała, że się śpieszy i nie ma czasu. W akcie desperacji wytłumaczyliśmy jej o co chodzi, że jutro będzie dla nas za późno... Agnieszka się zgodziła. I rozmawiała z nami 20 minut! Bardzo serdecznie jej za to dziękujemy. Efekt naszego polowania - TUTAJ.

W międzyczasie snuliśmy się po kortach, które były pełne dzieciaków, bo w sobotę tradycyjnie organizowany jest na Flushing Meadows tzw. Kids Day. Rodzice przyprowadzają swoje pociechy, bo pobawiły się w różne gry, zobaczyły jak wygląda kompleks US Open. Pieniądze z biletów idą na rozwój tenisa młodzieżowego w USA. Sponsorzy też mają różne atrakcje - zawody, rozdają gadżety. Maluchy mają naprawdę dużą frajdę. Na koniec jest pokaz na Arthur Ashe - w sobotę byli na nim Federer, Serena, Roddick, Szarapowa, Murray i jakieś 15 tys. widzów. Tenisiści musieli trafiać w tekturowe cele umieszczone na korcie. Federer był najgorszy, wygrała Serena. Wszystko to w rytmie muzyki, głośno, kolorowo, po amerykańsku.

No i oczywiście był Will Ferrell, komik, którego USTA zatrudniła po tym, jak w zeszłym roku stroił miny do fanów, gdy wyłapała go kamera na telebimie. Jest genialny!

Byliśmy też na konferencjach z Safiną, Clijsters, Federerem, ale szczerze mówiąc były nudniejsze niż Kids Day. Gwiazdy mówiły oklepanymi formułkami. Nic ciekawego.

Byliśmy też na meczu Janowicza - "Jerzyk" niestety przegrał z Hindusem Somdevem Devvarmanem w III rundzie kwalifikacji. Po meczu, profesjonalnie spytał, z jakich redakcji jesteśmy, gdy poprosiliśmy go o chwilę rozmowy. Zaskoczył mnie, bo myślałem, że zwali winę na mokre piłki, czy coś w tym stylu, ale "Jerzyk" stwierdził, że się po prostu zdekoncentrował czekaniem (mecz w piątek miał się rozpocząć o 11, a zaczął się o 17 i był kończony w sobotę). - Zagrałam dużo poniżej normalnego poziomu. Ale w sumie... dwie rundy, jak na debiut w Szlemie, nie było chyba tak źle - podsumował.

kids day

Kids Day nie zaczął sie dobrze, bo padał deszcz...

kids day

kids day

kids day

Ale potem się przejaśniło...

kids day

kids day

kids day

Ludzi było jednak mniej niż w poprzednich latach...

kids day

kids day

kids day

Janowicz rozdaje autografy, po przegranym meczu...

Jerzy Janowicz

Jerzy Janowicz

Janowicz i Marta Domachowska ze swoimi trenerami...

Janowicz i Domachowska

Kulminacja Kids Day na Arthur Ashe - było może z 15 tys. ludzi... max. to 23 tys...

kids day

kids day

kids day

kids day

czwartek, 28 maja 2009
Najgorszy Wielki Szlem

"That's why you're the worst Grand Slam" - krzyczał dwa dni temu do szefowej biura prasowego na Rolandzie Garrosie menedżer Marii Szarapowej. Umówił się w biurze z amerykańskimi dziennikarzami na rozmowę o powrocie Rosjanki na kort. Ale przepisów trzeba przestrzegać - bez specjalnej akredytacji do biura nie wjedzie nawet Pan Bóg. "It's ridiculous" - pokrzykiwał wychodząc z biura menedżer. "You're ridiculous" - odkrzyknęła mu szefowa biura.

Inna scenka: Polski dziennikarz z ogólnopolskiego dziennika, który w Paryżu jest 17 raz, dostał akredytację tylko na jeden tydzień. Poszedł grzecznie porozmawiać o tym z szefami biura prasowego. - Przyjeżdżam tu 17 lat, piszę do ogólnopolskiej gazety, a wy dajecie mi akredytacje na tydzień. Dlaczego? - spytał. Odpowiedziano mętnie, że zachodzi podejrzenie, że on jednak nic nie pisze, tylko przyjeżdża tu na wczasy. Żeby udowondić, że nie kłamie, musiał pokazać przesłane specjalnie z Warszawy swoje teksty z tych 17 lat. Akredytację na 2 tygodnie w końcu dostał.

Dziś byłem chwilę w osławionej restauracji dla zawodników, na którą tak bardzo narzekała Agnieszka Radwańska. Rzeczywiście jest ciasno, nie ma gdzie usiąść i wszędzie pełno "krawaciarzy".

A w tej chwili siedzimy wszyscy i czekamy na decyzję, co z meczem Agnieszki Radwańskiej. Polka grała I rundę w poniedziałek. Dziś jest czwartek, godz. 19.30, a Agnieszka nie wyszła jeszcze na kort. Jej mecz wyznaczono jako czwarty na korcie numer siedem. Od co najmniej dwóch godzin jej mecz z Korytcewą można byłoby spokojnie rozpocząć na innym korcie, bo wolne są już 3, 4, 5, 9, 10, 11, 12, 13, 14, 15, 16 i 18. Ale Francuzi ciągle czekają. Na co czekają, nie mamy pojęcia, bo oczywiście nikt nic nie wie. It's ridiculous.  
środa, 27 maja 2009
Kontrole antydopingowe, czyli parę słów o sikaniu

Blog zrobił się zdecydowanie zbyt poważny w ostatnich wpisach, więc dla rozluźnienia atmosfery dziś będzie o sikaniu.

Łukasz Kubot spóźnił się wczoraj dwie godziny na konferencję prasową, bo został wylosowany na kontrolę antydopingową. Grzecznie nas wszystkich przeprosił. - To w zasadzie moja wina, bo po czwartym secie meczu z Troickim poszedłem do ubikacji. Gdybym wiedział, że mnie wylosują na kontrolę, to bym jeszcze trochę przetrzymał - zaśmiał się Kubot.

Wizyta w ubikacji w trakcie meczu sprawiła, że na kontroli Kubot miał problemy z zapełnieniem kubeczka odpowiednią ilością płynu. - Zabrakło pięciu mililitrów. Musiałem czekać, znów wypić dużo wody i dopiero za drugim razem się udało - stwierdził przepraszająco Łukasz.

Przypomniała mi się przy tej okazji historia z Pekinu. Mariusz Fyrstenberg opowiadał, że przez kontrole antydopingową spać poszedł o 3 w nocy. - Wylosowali mnie na kontrolę. Sikać na zawołanie, to ja za przeproszeniem, nie umiem. Zresztą to nie lada wyzwanie, nie dość, że musisz wlać w siebie wiadro wody, to jeszcze do ubikacji włazi za tobą pan z agencji antydopingowej i patrzy, czy nie oszukujesz - opowiadał Mariusz.

środa, 04 marca 2009
Kobiety też chcą skakać

Kobiety chcą skakać 

Niedawne MŚ w narciarstwie klasycznym upłynęły w naszym kraju pod znakiem złotych medali Justyny Kowalczyk i gasnącej powoli gwiazdy Adama Małysza.

Dlatego pewnie mało kto zauważył to, czym ekscytowały się światowe media. W Libercu po raz pierwszy na skoczni rywalizowały kobiety. Wygrała Lindsay Van, której nie należy mylić z Lindsay Vonn, na co uczula wikipedia. Z dużym zainteresowaniem przeczytałem wpis na blogu Matta Slatera na portalu BBC. Matt opisuje jak kobiety, które chcą uprawiać skoki narciarskie od lat walczą o równouprawnienie. Do niedawna skoki były bowiem jedyną konkurencją zimową pod egidą FIS (Międzynarodowa Federacja Narciarska), której nie mogły uprawiać kobiety. Teraz, po latach walki, zostały dopuszczone do MŚ, ale wciąż nie mogą jechać na igrzyska olimpijskie.

20 kwietnia Lindsay Van i kilka jej koleżanek będzie jednak po raz kolejny walczyć o swoje prawa w sądzie. Na sali Sądu Najwyższego Stanu British Columbia zmierzą się z prawnikami VANOC, czyli komitetem organizacyjnym igrzysk w Vancouver. Dziewczyny i ich prawnicy będą dowodzić, że niedopuszczenie kobiet do rywalizacji olimpijskiej narusza kanadyjskie prawo o równouprawnieniu kobiet i mężczyzn.

Od dziesięcioleci z niezrozumiałych względów „Hill remains a female-free zone" pisze słusznie Matt. MKOl odmówił już kobietom prawa do startu w igrzyskach w Nagano, Salt Lake City i Turynie. Jeden z notabli użył sformułowania, że ski jumping "seems not to be appropriate for ladies from a medical point of view". MKOl twierdził też, że nie ma wielu zawodniczek, że za mało krajów uprawia itd. W tym samym czasie dopuścił np. do letnich igrzysk jazdę rowerkiem BMX po wertepach, a do zimowych ski cross, czyli jazdę na nartach po wertepach. Zrobił to oczywiście bez analizy medycznej szkodliwości czegokolwiek, tylko pod presją amerykańskiej NBC, która skarżyła się, że młodzi widzowie usypiają z nudów oglądając relacje. Być może teraz, mając złotą medalistkę w skokach, telewizja NBC wreszcie opowie się po jasnej stronie mocy. Po stronie równouprawnienia.  

Jak obywatel kraju, w którym skoki narciarskie są popularniejsze nawet od „M jak Miłość", przyłączam się do tej walki o równouprawnienie. Kobiety też chcą skakać, Szanowny Międzynarodowy Komitecie Olimpijski!
wtorek, 07 października 2008
Afera w PZPN, czyli jak ludzie z pomocą mediów dali się nabić w butelkę

minister Drzewiecki 

Afera z kuratorem w PZPN to jedna wielka fatamorgana. Ludzie zostali wprowadzeni w błąd, ale nie przez ministra Drzewieckiego, tylko przez media, a w szczególności telewizje.

Ustanowienie kuratora było bowiem przez nie przedstawiane zazwyczaj jako twarda wojna ministra z PZPN, utożsamiana jako walka z niekompetencją betonowych działaczy i zaniedbaniami w walce z korupcją. Słowem, z ekranu wylewała się wizja, że minister ma szansę ukrócić o głowę ludzi, których nienawidzi cała Polska.

Tymczasem, minister wprowadził kuratora do PZPN wyłącznie po to, by naprawić kilka drobnych uchybień prawnych, takich jak np. to, że zarząd związku zbierał się nie wtedy kiedy trzeba, albo głosowania odbywały się przez telefon. Z ust ministra Drzewieckiego nigdy nie usłyszałem, że jego celem jest zmiana władz PZPN, albo ukaranie ich za zaniedbania w walce z korupcją.

Taką wizję roztaczały media. Nie wszystkie. Ale telewizje, radia i jeden z tabloidów przedstawiały w zeszłym tygodniu akcję ministra bardzo skrótowo, wprowadzając czytelników i słuchaczy w błąd twierdzeniami, jakoby Drzewiecki walczył z układami w futbolu.

Nic dziwnego, że w badaniach opinii publicznej wyszło natychmiast, że działania ministra popiera większość Polaków, nawet za cenę wykluczenia nas z eliminacji do MŚ. Ludzie słyszeli w radio, że „minister walczy ze złym PZPN", więc go popierali. Ba, takiego herosa nie mógł nie poprzeć też premier Tusk i marszałek Niesiołowski.

Gdyby od początku powiedzieć ludziom prawdę, czyli że celem ministra było podłubanie w przepisach, które nic nie wnosiło do walki z korupcją i oczyszczenia PZPN, to Drzewiecki takiego poparcia by nie miał. Nie miałby też problemu, który ma teraz, czyli nikt nie domagałby się jego dymisji i nie nazywał jego działalności totalną klęską.

Inna sprawa, że wówczas - gdyby zamiary ministra od początku były jasne - to od początku ministra nazwalibyśmy złym ministrem, wykonującym pozorowane ruchy.

Większość obserwatorów uważa, że minister Drzewiecki nie miał planu. Moim zdaniem miał. Chciał by skompromitowana instytucja jaką jest PZPN, mogła działać w pełni legalnie, poprawiając kilka „statutowych uchybień". To tak, jakby policja zwróciła się do mafii z prośbą o zapłacenie rachunku za telefon i posprzątanie podwórka.

Sęk w tym, że w momencie, gdy Drzewiecki został już okrzyknięty jedynym sprawiedliwym w walce ze złym PZPN, nie mógł powiedzieć „Sorry, ale ja chciałem tylko kazać posprzątać im podwórko, bo sąsiedzi się skarżą". Jest przecież politykiem, więc doskonale wie, że nawet jeśli ludzie przypisują mu zasługi, które nie są jego udziałem, to nigdy nie wolno tego prostować, ani się wycofywać.

Nic dziwnego, że teraz media są wściekłe. Przecież Drzewiecki miał zniszczyć PZPN, a się wycofał. Ale nic też dziwnego, że minister uważa, że nie przegrał. Lada moment w PZPN zapanuje przecież prawny ład i porządek o jaki walczył. Podwórko zostanie posprzątane, a rachunek za telefon zapłacony. Zadba o to specjalna komisja.

A że dalej będzie rządził Listkiewicz, Kolator i Koźmiński, a kolejne wybory wygra Lato lub Kręcina? Minister nigdy nie miał zamiaru w to ingerować. I na tym polega cała fatamorgana.

Dlaczego ludzie dali się tak nabić w butelkę? M.in. dlatego, że telewizje zapraszają do studia takich oszołomów jak Jan Tomaszewski, czy Zbigniew Koźmiński, którzy bredzą od rzeczy, zamiast tłumaczyć ludziom o co tu naprawdę chodzi.

Bo tu o nic nie chodzi, proszę Państwa. Ot, zwykły tydzień w PZPN i ministerstwie sportu.

środa, 20 sierpnia 2008
Jak zostałem fanem boksera Maszczyka

Maszczyk na niebiesko (fot. Bartek Bobkowski, AG) 

Po raz ostatni tylu polskich dziennikarzy w jednym miejscu na igrzyskach widziałem pod skocznią narciarską w Pragelato, gdy Adam Małysz bez powodzenia próbował wykonać dwa równe skoki zimą 2006 r. W siarczystym, 15-stopniowym mrozie, jakieś 100 km od Turynu.

Tęsknota za polskim sukcesem w boksie musi być ogromna, mniej więcej taka, jak tęsknota za dwoma równymi skokami Małysza, skoro na walkę Łukasza Maszczyka, do pekińskiej hali waliły we wtorek tłumy. Pech chciał, że autobus na Maszczyka jechał jednak tą samą trasą, co 50 tys. widzów na mecz piłkarski Argentyna - Brazylia. Utknęliśmy więc na godzinę w potwornym korku. Do hali wpadliśmy na ostatnie 30 sekund walki Maszczyka z Irlandczykiem Paddym Barnesem. Pięściarz z Belfastu okładał już wtedy naszego zucha niemiłosiernie. Chwilę później ostatni z dwójki polskich bokserów w Pekinie schodził z ringu ze spuszczoną głową. Nie zdążyłem mu się nawet dobrze przyjrzeć, a Maszczyka nigdy wcześniej nie widziałem.

Na boksie znam się marnie, ale w strefie do przeprowadzania wywiadów słuchałem uważnie fachowców, że Maszczyk za nisko trzyma ręce, że źle wyprowadzał ciosy, że nie potrafił zadać wyrazistych uderzeń, za które sędziowie przyznaliby mu punkty. Irlandczyk był do pokonania, przecież Polak wygrał z nim nie tak dawno, a poza tym, Maszczyk miał świetne losowanie. Ten medal był na wyciągnięcie ręki.

I wtedy moim oczom po raz pierwszy ukazał się bokser Maszczyk. Wiedziałem, że to waga papierowa, że będzie ważył jakieś 50 kg i mierzył 160 cm, ale TEN widok przeszedł wszystko. Przed lasem dyktafonów wycelowanych przez nas, w przeważającej mierze wielkich facetów, stanęło chuchro. Małe, ociekające potem, bidne, zbite, chuchro. Posypały się pytania o te za nisko podniesione ręce, o te źle zadawane ciosy. Wylała się na bidnego Maszczyka wielka tęsknota za sukcesem w polskim boksie. Maszczyk cieniutkim głosikiem, pasującym jak ulał do jego postury, odpowiadał dzielnie, że się starał, że walczył, że te ręce to tak od dawna nisko trzyma. Odruch taki ma, po prostu. - Przegrałem, co zrobić. taki jest sport - wyszeptał bokser Maszczyk sakramentalne wyznanie przegranego sportowca.

Fachowcy od boksu byli niepocieszeni, a mi jakoś się zrobiło Maszczyka żal strasznie. Na boksie może i się tak bardzo nie znam, ale wiem tyle, że szans na zawodową karierę Maszczyk nie ma. W tej wadze federacje WBA i inne cuda walk mistrzowskich, okraszonych milionami dolarów premii, nie organizują. Bokser Maszczyk jest amatorem, trenuje pewnie w jakiejś śmierdzącej hali, jeździ czasem na zawody mniejsze i większe, ale finansowo kokosów nigdy nie zbije. Skoro mówi, że się starał, to pewnie w tej, najważniejszej walce życia, rzeczywiście się starał. Skoro mówi, że nie umie inaczej tych rąk trzymać, pewnie nie umie. Sportowo może i poniósł porażkę, ale tak zupełnie po ludzku, to ja boksera Maszczyka polubiłem. Za to, że stawił czoło tej, przygniatającej go swoim ciężarem, tęsknocie za sukcesem na igrzyskach w polskim boksie. - Przegrałem i tyle, co tu więcej gadać. Idę odpocząć - powiedział na koniec do lasu dyktafonów jedyny polski bokser, który na igrzyskach bił się o medal. Gdzie są ci, co nawet tego nie potrafią?

poniedziałek, 18 sierpnia 2008
Polscy sportowcy to strasznie fajni goście

Nie wszyscy są fajni, ale jest taka grupa, która bardzo chwyta mnie za serce. To sportowcy z dyscyplin niszowych. Zapasy, gimnastyka, szermierka - gazety zazwyczaj piszą o nich niewiele, telewizja rzadko transmituje zawody, generalnie przez trzy lata jest o nich cicho. Gdy przychodzą igrzyska, stają oko w oko z nami, dziennikarzami. Staramy się jak możemy, ale nie zawsze tak do końca orientujemy się w ich dyscyplinach. Czasem jest więc trochę śmiesznie, ale nikt nie ma do nikogo żalu. Wręcz przeciwnie, ja sportowców z dyscyplin niszowych, lubię potem jeszcze bardziej. Bo to strasznie fajni goście są!

LESZEK BLANIK

Dziennikarze: - A co pan tam robi z tym stołem gimnastycznym przed skokiem? Czymś go pan smaruje?

LB: - Najpierw miodem, potem magnezją. Dla poprawienia przyczepności.

Dziennikarze: - Miodem? Jakimś specjalnym smarem znaczy się? Tak mówicie w gimnastycznym slangu, tak?

LB: - Nie. Zwykłym miodem.

Dziennikarze: Eeee.... (totalna konsternacja, wszyscy sądzą, że Blanik żartuje, brakuje odważnych, by pytać dalej)

Odważny dziennikarz: - No ale, jak to... miodem? Takim zwykłym, ze sklepu?

LB: - Tak.

Dziennikarze: - Pszczelim?! To co to za miód jest, jaki gatunek?

LB: - A nie wiem nawet dokładnie, żona kupiła przed wyjazdem.

Dziennikarze: - O kurde, ale to ciekawe!

Po dyskusji o miodzie, dziennikarze zmieniają wątek: - Może pan jeszcze powiedzieć co to były za skoki. Przyznajemy się szczerze, że trochę się nie znamy.

LB: - Jasne, że mogę (z uśmiechem). Najpierw był „blanik", czyli dwa i pół salta w przód w pozycji łamanej, czyli na wyprostowanych nogach. Potem skoczyłem podwójną łamaną „tsukaharę", czyli naskok na stół gimnastyczny z ćwierćobroten, odbicie z ramion, drugie ćwierćobrotu, dwa i pół sala w tył w pozycji łamanej. To są generalnie bardzo trudne skoki do ustania, bo wiecie...

Leszek Blanik (fot. Kuba Atys, Agencja GW)

TOMASZ MOTYKA

Dziennikarz mocno niezorientowany: - To co, pewnie Wołodyjowskiego, pan oglądał w dzieciństwie?

TM: - Wołodyjowski walczył szablą! Ja jestem szpadzistą przecież (ze śmiechem)

Dziennikarz mocno niezorientowany (trochę wstydliwe): - Muszkieterów, znaczy się...

TM: - A czytało się Dumasa, czytało. Wiecie, szpada to jest strasznie fajny sport. To od zawsze była broń. Tym się w przeszłości zabijało ludzi. Floret to jest broń, ale treningowa, mniejsza i w ogóle... (opowiada długo, z wypiekami na twarzy)

Tomasz Motyka (drugi z prawej)

AGNIESZKA WIESZCZEK

Dziennikarze: - Dzień dobry, gratulujemy medalu.

AW: - Dziękuję.

Dziennikarze: - Od kogo ten pluszowy misiek?

AW: A ktoś rzucił z trybun. Zabieram go do domu.

Dziennikarze: - Fantastyczna akcja pod koniec pierwszej rundy. Może pani powiedzieć co to było?

AW: - „Ręka-głowa"

Dziennikarze: - Ahaaaaa... Czyli, że...

AW: - No, łapie się za rękę, potem głowę i... się kręci. Zademonstrować? Może na panu?

Dziennikarz: - Nie, nie, nie trzeeeba. Widzieliśmy jak ta Hiszpanka fruwała. Lepiej niech pani powie jak to się stało, że pani uprawia zapasy.

AW: - Tata jest mechanikiem samochodowym w Wałbrzychu. Naprawiał auto trenerowi, a ten zaproponował, że zamiast pieniędzy, może zabrać mnie na obóz do Rokitna. Było lato, wakacje, nie miałam co robić, więc pojechałam. Na początku było nudnawo. Tylko biegaliśmy i chodziliśmy na siłownie, ale potem weszliśmy na matę. I jakoś mi się spodobało. A teraz to już kocham zapasy. O kurcze, Stanka przegrywa... (przerwa opowieść i patrzy w telewizor, gdzie Bułgarka Zlateva dostaje manto od Chinki). Szkoda, kurcze, Stanka i tak jest najlepsza...

Agnieszka Wieszczek

środa, 13 sierpnia 2008
Halo, drukarnia? Mamy mały problem...

- Halo, czy to drukarnia Agory? Tu korespondent z Pekinu. Mamy mały problem z Agnieszką Radwańską. Ten tekst na stronie czwartej, który się drukuje. Tak, właśnie ten. No więc, ...jest już nieaktualny. Radwańska właśnie odpadła. 

- Nic się już nie da zrobić? Nie możecie włożyć jakiegoś kija w te kółka zębate? Kurcze, szkoda. Motyla noga.

Jeśli jesteś jednym z tych Czytelników, który we wtorek najpierw wziął do ręki gazetę, a dopiero później włączył radio, lub odpalił internet, to chciałem cię, Drogi Czytelniku, przeprosić. W imieniu własnym i Agnieszki Radwańskiej, żeby była pełna jasność.

We wtorek we wszystkich polskich gazetach ukazały się duże wywiady z najlepszą polską tenisistką i opisy jej meczu z Tajwanką Chan Yang-Jan.

U nas wyglądało to tak:

Tekst z wtorku 

Było trochę o medalowych szansach i o tym, że Włoszka Schiavone to w sumie słaba jest. Jedna z gazet przepytała nawet Serenę Williams na okoliczność półfinałowego meczu z Agnieszką. Ale zanim te wszystkie piękne teksty trafiły z drukarni do kiosków, Polki w turnieju olimpijskim już nie było. Bladym świtem we wtorek rano odpadła z muskularną Francescą.

Radwańską dobiło zmęczenie i zniechęcenie do gry na igrzyskach. - Turniej jakoś mi nie leżał - powiedziała. Nas, dziennikarzy tenisowych, dobiła różnica czasu i, mimo wszystko, bezmyślność.

Te sześć godzin różnicy czasu między Warszawą a Pekinem sprawia, że trzeba bardzo uważać z pisaniem zapowiedziowych tekstów dotyczących wydarzeń, które w Chinach dzieją się przed południem. W Polsce jest wtedy jeszcze środek nocy. Czytelnicy biorąc więc rano do ręki gazetę, mogą np. czytać z zapartym tchem, że zapaśnik X będzie walczył o medal jak lew, a potem okazuje się, że zawody już się dawno odbyły, a Polak odpadł w I rundzie. Albo w ogóle nie wystartował, bo rozbolał go brzuch.

Na swoje usprawiedliwienie w przypadku Radwańskiej mamy jedynie to, że plan gier na wtorek Chińczycy podali dopiero po godz. 23 w poniedziałek. Do końca mogliśmy wierzyć, że Radwańska zagra po południu, a nie rano.

Jak ominąć ten problem? O wydarzeniach porannych trzeba pisać mało, z wyraźnym zastrzeżeniem, że jest już „po", albo wcale - np. skupić się jedynie na tym, co się działo wczoraj, ale bez przewidywania przyszłości.

Dzisiejsza strona o tenisie wygląda tak:

Tekst ze środy

poniedziałek, 11 sierpnia 2008
Chińskie cheerleaderki lepsze od szczypiornistów

Trener piłkarzy ręcznych Bogdan Wenta obawiał się meczu z Chińczykami, bo nic o rywalach nie wiedział.

Ale można było chyba przewidzieć, że gospodarze mocni nie będą. Wystarczyło spojrzeć na halę Olympic Sports Center Gymnasium w Pekinie, gdzie odbywał się mecz. Hala, jak na chińskie warunki i możliwości, była malutka. Ledwie na 6 tys. miejsc. Gdyby Chińczycy czuli się w ręcznej mocni, wybudowaliby jakiś moloch na 20 tys., albo od razu przenieśli mecze szczypiorniaka do Ptasiego Gniazda.

Chińscy piłkarze okazali się słabi aż do przesady, w zasadzie dopiero uczą się grać. Więcej profesjonalizmu wykazały cheerleaderki, które pojawiły się na parkiecie w przerwie. Im przynajmniej nogi się nie plątały.

cheerleaders 

Gospodarzom nie udało się zresztą w ogóle zapełnić tych malutkich trybun. W drugiej połowie dowieźli jeszcze kibiców autokarami (nie widziałem na własne oczy, ale słyszałem od innych polskich dziennikarzy). Kilka sektorów zajmowały też szkolne wycieczki.

łukofani

O tym, że Chińczycy dopasowują wielkość obiektu do własnych medalowych aspiracji, świadczyć może wizyta na łucznictwie. Tam obiekt jest gigantyczny, a trybuny - mimo deszczu - były solidnie wypełnione. Chinki zdobyły srebrny medal. Polki poległy w starciu z Francuzkami roztrwaniając 7-punktową przewagę.

niedziela, 10 sierpnia 2008
Jestem w Pekinie i tak, jakby mnie nie było

Beijing

To dość surrealistyczne uczucie. Jestem w Pekinie już od wtorku, a jeszcze ani razu nie opuściłem tzw. strefy olimpijskiej. Od momentu wejścia do autobusu na lotnisku, który zawiózł mnie do oficjalnego hotelu aż do teraz, nie miałem okazji wyjść na miasto. Przemieszczam się specjalnymi autobusami dla mediów między hotelem, biurem prasowym i obiektami. Oglądam zawody, potem piszę, pracę kończymy późno. Migawki pekińskiego molocha oglądam wyłącznie przez szybę autobusu.

Nie jest to zresztą odosobnione odczucie. Dziennikarze nie mają po prostu czasu na zwiedzanie. Tak samo było w Turynie, na poprzednich igrzyskach, które opisywałem. Gdyby nie medale Justyny Kowalczyk i Tomasza Sikory, w ogóle nie pojawiłbym się w centrum Turynu. Ich zwycięstwa sprawiły, że musiałem pojechać na ceremonię wręczania medali, które odbywały się na rynku.

W Pekinie nie mam na to szans. Na placu Tiananmen żądnych ceremonii nie będzie.

No to jadę na łuczniczki. Dziś walczą o medal. Trzymam za nie mocno kciuki, bo przed igrzyskami byłem na ich treningu w Spale. Bardzo sympatyczne dziewczyny i całkiem dobrze strzelają. Jeśli pokonają w ćwierćfinale Francuzki, to potem wpadają na najlepsze na świecie Koreanki, ale - w razie niepowodzenia - będzie jeszcze walka o brąz. Dziś grają też piłkarze ręczni, siatkarze i Agnieszka Radwańska. Wszyscy są faworytami. To może być dobry polski dzień w Pekinie. Oby był.

 
1 , 2
| < Grudzień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30 31
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter