Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
Kategorie: Wszystkie | Federer | Life is brutal | Polski tenis | Radwańska | Szarapowa | Tenis na świecie
RSS
sobota, 26 czerwca 2010
Wimbledon - chwila prawdy Radwańskiej

Agnieszka Radwańska, Wimbledon 2010

Agnieszka Radwańska wygrała z Włoszką Sarą Errani 6:3, 6:1 i po raz trzeci z rzędu awansowała w piątek do 1/8 finału Wimbledonu. W poniedziałek okaże się, czy - tak jak w 2008 i 2009 r. - znów uda jej się zagrać w ćwierćfinale.

Wynik na tablicy wygląda efektownie, ale spotkanie III rundy wcale nie było łatwe. Errani grała momentami świetnie i Agnieszka musiała się naprawdę solidnie napocić, żeby zwyciężyć. Na pomeczową konferencję przyszła amerykańska dziennikarka "Newsweeka", która do jakiegoś magazynu tenisowego pisze tekst o polskim tenisie. I Agnieszka musiała ją skarcić, że mecz wcale nie był łatwy, a potem trochę jej opowiadała o tym polskim tenisie. „No facilities, no money, no nothing. So, no. Can you imagine that like even in Krakow there's no hardcourts." - to chyba najlepsze zdanie z tej opowieści.

Agnieszka imponuje statystykami serwisowymi. Od początku turnieju nie straciła jeszcze własnego podania, co - jak sama mówi - jest wyczynem godnym męskiego tenisa.

Wszystko pięknie, dobra forma i serwis cieszą, ale nie popadajmy też od razu w hurraoptymizm. Tak naprawdę dopiero teraz zaczynają się dla Agnieszki schody. Losowanie w III pierwszych rundach miała bowiem idealne. Na Li będzie pierwszą rywalką z czołówki, która na dodatek, umie świetnie grać na trawie - niedawno pokonała w finale w Birmingham Marię Szarapową. Teraz okaże się, czy forma wróciła, czy tylko tak nam się wydawało, bo rywalki były z niskiej półki. Mam nadzieję, że będzie dobrze. I niech się Serena boi.

Jutro dzień wolny. Na korty i na twitterową relację na żywo, zapraszam znów w poniedziałek.

piątek, 25 czerwca 2010
Wimbledon - jeszcze o Isner vs. Mahut

11 000 000

funtów postawiono w trakcie meczu w zakładach bukmacherskich

980

punktów zagrali w meczu. Więcej - 502 wygrał Mahut, Isner - 478.

183

gemy, które rozegrali to o 36 gemów więcej niż potrzebował Guillermo Villas, by wygrać US Open w 1977 r. Argentyńczyk w siedmiu meczach rozegrał 147 gemów

4

meczbole zmarnował Isner w piątym secie. Pierwszego przy 10:9, dwa kolejne przy 33:32 i jednego przy 59:58

168

razy z rzędu utrzymali swoje serwisy w gemach. Do ostatniego breaka przed końcem meczu doszło w drugim gemie drugiego seta, gdy Isner został przełamany na 0:2

215

asów posłali w sumie w jednym meczu, co jest wynikiem aż o 119 wyższym niż poprzedni rekord - Stepanek vs. Karlović w Pucharze Davisa (96)

42

chłopców i dziewczynek do podawania piłek przewinęło się przez kort w ciągu trzech dni

12

energetycznych batoników zjedli

3

banany

40

butelek wody (mniej więcej)

126

piłek zużyto. Piłki były zmieniane 20 razy

1

przerwa na toaletę dla zawodników w trakcie piątego seta była w środę, gdy na korcie spędzili w sumie 7 godzin i sześć minut

0

tyle razy w toalecie był sędzia stołkowy Mohamed Lahyani ze Szwecji. “It has been quite amazing to be involved with such an extraordinary match. I can’t imagine seeing another one like it in my lifetime. When you are so focussed and every point feels like a match point you just don’t even think about eating or needing the bathroom. I TRAVEL ECONOMY. SEVEN HOURS SITTING STILL ON COURT IS NOTHING.” - stwierdził sędzia.

Zależy ile macie czasu

Mahut do francuskich dziennikarzy w odpowiedzi na pytanie, co może powiedzieć o takim meczu.

Żart rysunkowy w jednej z gazet: Mąż z kochanką w łóżku. On do niej: - Spokojnie kochanie, mamy 11 godzin. Powiedziałem żonie, że gram w tenisa.

Isner vs. Mahut

Isner vs. Mahut

Isner vs. Mahut

Isner vs. Mahut

Isner vs. Mahut

Isner vs. Mahut

Wimbledon - Her Majesty The Queen

Przyjechała w czwartek około południa i wywołała wielkie poruszenie. Sam poszedłem popatrzeć. Kiedy zobaczyłem Ją z daleka, myślałem, że to jakaś pomyłka. Alejkami na kortach przechadzała się malutka staruszka w kapelusiku. „Myślałem, że jest wyższa" - przemknęło mi przez głowę. Wszędzie, gdzie tylko przechodziła, towarzyszył jej dziki tłum kibiców.

84-letnia Elżbieta II została poprowadzona przez Tima Phillipsa, szefa All England Lawn Tennis & Croquet Club, wzdłuż Wzgórza Henmana, a później na chwilę weszła na kort nr 14, gdzie rzuciła okiem na trenującą, specjalnie wyselekcjonowaną, grupkę dzieci. Później zniknęła w czeluściach klubowego budynku, gdzie nikt niezaproszony nie miał już wstępu.

Przywitała się z zawodnikami - m.in. Caroliną Wozniacką, Jeleną Janković, siostrami Williams (które do dygania przed nią przygotowywały się od tygodnia), Andym Roddickiem (bez czapki i w gustownym sweterku wyglądał wprost komicznie) oraz z Rogerem Federerem. Małym zgrzytem była nieobecność Rafaela Nadala, który też był zaproszony, ale odmówił, bo w tym czasie miał zaplanowany trening. - Nigdy nie zmieniam mojego planu dnia, nawet dla Królowej, co nie znaczy, że jej nie szanuję. Szanuję też jednak turniej, w którym gram - wyjaśniał Hiszpan.

Na koniec Królowa obejrzała mecz Andy'ego Murray'a z Jarkko Nieminenem. Szkot nie zawiódł Jej Królewskiej Mości i wygrał pewnie w trzech setach. Schodząc z kortu obaj się grzecznie pokłonili, a później zamienili jeszcze z Elżbietą kilka zdań. Murray nie chciał powiedzieć o czym rozmawiali. - To prywatna sprawa - stwierdził.

Królowa odwiedziła Wimbledon po raz pierwszy od 1977 r., czyli od ostatniego brytyjskiego zwycięstwa Virginii Wade. „Jeśli utrzyma formę, jej kolejnej wizyty możemy spodziewać się gdzieś w okolicach roku 2043" - zakończył swoją relację „Guardian".

Wimbledon, Queen Elisabeth II

Wimbledon, Queen Elisabeth II

Wimbledon, Queen Elisabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

Wimbledon, Queen Elizabeth II

niedziela, 17 stycznia 2010
Blogu reaktywacja - Australia here we go...

Kangaroos

Wznawiam działalność blogową. Z miejsca przepraszam wszystkich stęsknionych, że tak długo nic nie pisałem, ale ja niestety nie umiem być klasycznym zwierzęciem blogowym wypluwającym z siebie wpisy codziennie, czy nawet raz na tydzień. Jak się okazało, raz na miesiąc, to dla mnie też czasem ciężki wyczyn, niestety.

Pocieszam się tym, że umiem się mobilizować na wielkoszlemowe wyjazdy. I mam zamiar trzymać się co najmniej tego. Pisać sporo i robić dużo zdjęć. Obiecuję!

Jutro via Frankfurt i katarską Dauhę lecę do Melbourne na trzeci w mojej „karierze” Australian Open. Modlę się tylko, by ten pierwszy lot - z polskiej zimy do zimy niemieckiej - nie był opóźniony/odwołany, bo potem to już chyba jakoś pójdzie.

Na I rundzie mnie nie będzie z powodów budżetowo-hotelowo-samolotowo-sponsorsko-różnorakich, ale plus jest taki, że zostanę na turnieju do końca (po raz drugi na mój 11. Szlem).

Mając w pamięci zeszłoroczną polską traumę, mam nadzieję, że Agnieszka tym razem przez jakieś II, III rundy nie zrobi niczego głupiego :-) Wierzę, że choć rachunek prawdopodobieństwa będzie w tym względzie moim sojusznikiem.

Turniej zapowiada się bardzo ciekawie. Nie tylko ze względu na mecz Sereny z Urszulą (który spędzę pewnie będąc gdzieś nad Oceanem Indyjskim). I nie tylko z powodu Kubota, który jako pierwszy Polak od ćwierć wieku zagra w Szlemie bez eliminacji (Łukasz, trzymaj się!). Nie wiem, czy się zgodzicie, ale po raz pierwszy od bardzo dawna Roger Federer i Rafael Nadal nie wydają się mocnymi faworytami. Jednemu jakoś mniej zależy, drugi jakiś taki chudy i niewyraźny. Del Potro się pręży, Murray też, Djoko lubi antypody. No i ten Dawidienko. I to czyni Australian Open 2010 superatrakcyjnym turniejem. Nie wspomnę już o belgijskich klimatach w turnieju kobiecym.

Do Australii leci się bite dwa dni, więc kolejny wpis w środę, mam nadzieję już z biura prasowego w Rod Laver Arena. Tradycyjnie zaglądajcie też na mojego Twittera oraz tam, gdzie moje teksty wpadać będą, czyli na Sport.pl.

środa, 16 września 2009
Tam rodzą się mistrzowie US Open

Filmik z migawkami z Tandil, miasta, gdzie urodził się i wychował JM del Potro. Jest m.in. jego wieloletni trener Marcelo Gomez:

Radość na ulicach Tandil:

wtorek, 15 września 2009
Świetny del Potro, ale Federer pokpił sprawę

Roger Federer

Ciekawe jak po finale US Open muszą czuć się anglosaskie, zwłaszcza brytyjskie media, które właściwie od początku roku pchały do wielkoszlemowych triumfów Andy’ego Murraya. Szkot miał wygrać w Australii, potem w Wimbledonie, a wreszcie już niemal na pewno w Nowym Jorku. Gdzieś tam oczywiście majaczył jakiś Federer, Nadal, ale o del Potro nikt się właściwie nie zająknął.

Tymczasem Murray ze sowim defensywnym stylem niczego nie zdziałał ani w Melbourne, ani na własnych śmiechach w Londynie, ani w US Open. W Nowym Jorku dostał zasłużone lanie od świetnego Marina Cilicia, który jednak później znalazł pogromcę w osobie Juana Martina del Potro, prawdziwego bohatera tego turnieju. Del Potro w drodze po tytuł pokonał też Nadala i Federera, co nigdy dotąd nikomu się nie udało!

Rachunek jest bowiem prosty - 19 z ostatnich 22 Szlemów wygrała wspomniana dwójka. Przed 2004 r. Nadal właściwie nie startował, był za młody. Wyjątki były później tylko dwa - w 2005 r. Australian Open wygrał Marat Safin, ale młodziutki Nadal przegrał wówczas w II rundzie z Michaiłem Jużnym. Rosjanin pokonał Federera w półfinale, a w finale wygrał z Lleytonem Hewittem. Drugi wyjątek był w 2008 r., gdy znów w Melbourne zwyciężył Djoković. Wtedy Serb pokonał Federera, ale Nadala ograł w drugim półfinale Jo-Wilfried Tsonga.

Del Potro jest więc pierwszym tenisistką, który wygrał Szlema pokonując w drodze po tytuł i Szwajcara, i Hiszpana, a pośrednio także Murraya, bo ograł w końcu jego pogromcę Cilicia. Wszystko to trochę pokręcone, ale moim zdaniem oddaje wagę jego zwycięstwa :-)

Argentyńczyk bez dwóch zdań zagrał świetny turniej i mecz w finale. Obudził się pod koniec drugiego seta i punktował Federera swoimi zabójczymi forhendami, coraz lepszym serwisem i płaskimi bekhendami. Brawo dla del Potro, ale... Federer moim zdaniem znów pogrążył się głównie sam. Znów nie wytrzymał bowiem psychicznie. Gdy zrozumiał, że rywal będzie stawiał opór i ma argumenty by wygrać, zupełnie się rozsypał. Nie umiał podjąć walki. Widziałem już te kiksy, ramy, kulejący serwis - widziałem je wiele razy w meczach z Nadalem. Zupełnie nie spodziewałem się ich jednak w pojedynku z del Potro.

Wojciech Fibak, z którym rozmawiałem dziś, tłumaczy to tak:

„Federer od jakiegoś czasu nie umie wygrywać meczów, gdy ktoś podgania wynik. Tak było w Rzymie z Djokoviciem, z Nadalem w Australii, a gdyby Soderling kilka dni temu wygrał tie-breaka i też nadgonił, Szwajcar mógł przegrać już wtedy. To kwestia nerwów. Lęku, który kiedyś się nie pojawiał, gdy był bardziej pewny siebie. Teraz mniej wierzy w sukces, gdy mu nie idzie. Stąd biorą się kiksy i ramy. Ale Federera nie można skreślać! Będzie jeszcze wygrywał, a to że czasem przegra, sprawia, że mamy emocje, a tenis jest piękny.”

Podoba mi się ten komentarz.

Bonus 1: Kto nie widział, koniecznie - Caroline Wozniacki dziękuje polskim kibicom:

Bonus 2: Serena przeprasza za „piłkę w gardle sędzininy”:

Bonus 3: Federer mówi do siędziego: I don’t give a shit...

wtorek, 01 września 2009
Radwańska na razie wygrywa z kontuzją

Wszyscy odetchnęliśmy z ulgą. Agnieszka Radwańska bardzo łatwo wygrała mecz I rundy z Patricią Mayr. Rywalka okazała się tak słaba, że Polka właściwie mogła zapomnieć o swojej kontuzji. Po meczu przyznała, że bolało ją tylko trochę pod sam koniec meczu. To dobra wiadomość. Druga jest taka, że Agnieszka ma dwa dni odpoczynku, bo kolejne spotkanie zagra najwcześniej w środę. Niezrozumiałe dla mnie jest jednak to, że Agnieszka nie chce zrezygnować z debla. Mając taki uraz, powinna przynajmniej rozważyć taki ruch.

Zgadzam się z Agnieszką, która powiedziała, że ten mecz jeszcze nic nie znaczył. Był jak bardziej intensywny trening. Właściwy test czeka ją w II rundzie przeciwko Kirilenko. Wszystko o pierwszym meczu Agnieszki, przeczytacie na naszym serwisie tenisowym - TU.

W poniedziałek grała też Marta Domachowska. Zaczęła idealnie, ale potem niestety włączyła starą płytę - zabrakło jej przede wszystkim cierpliwości. Mocno i agresywnie, nie zawsze znaczy skutecznie. Marta ciągle się tego nie nauczyła, ale jej nowy trener Słowak Mario Trnovski rozmawiał ze mną po meczu dość rozsądnie. Sprawiał wrażenie człowieka, który wie, co trzeba zmienić. Tylko, czy Marta się zmieni?

Wieczorem byłem na oficjalnym otwarciu US Open, które odbyło się na początku wieczornej sesji na Arthur Ashe. Było po amerykańsku - głośno, kolorowo, marines rozwinęli flagę, przemawiał Andre Agassi. Ale zaskoczyło mnie to, że stadion nie był pełen. Rozmach otwarciowej imprezy był też chyba minimalnie mniejszy niż w poprzednich latach. Widocznie kryzys odbił też swoje piętno na US Open, choć czytałem niedawno, że podobno wszystkie loże dla VIP-ów zostały sprzedane, a wpływy od trzech telewizji transmitujących turniej - CBS, ESPN 2 i Tennis Channel - są nie mniejsze niż w poprzednich latach. Na czymś jednak trzeba oszczędzić. Kibice oszczędzają na biletach, a USTA oszczędziła na sztucznych ogniach...

Zdjęcia z poniedziałku:

mecz agnieszki

Mecz Agnieszki z Mayr...

Agnieszka Radwańska

mecz agnieszki

Agnieszka Radwańska

Agnieszka Radwańska

Opatrunek na prawej dłoni był wielki, ale Agnieszka powiedziała, że tylko tak groźnie wygląda...

Opatrunek

To talk, który Agnieszka wcierała w opatrunek, żeby rakieta się nie ślizgała...

Talk

Mecz Marty Domachowskiej...

Marta Domachowska

Marta Domachowska

Marta Domachowska

W środku chłopak Marty - Paweł Korzeniowski...

Paweł Korzeniowski

Oficjalne otwarcie turnieju na Arthur Ashe...

Arthur Ashe

Arthur Ashe

Przemawiał Agassi...

Andre Agassi

Loże dla VIP-ów...

Arthur Ashe

Marines rozwijają flagę... potem zaczęły się mecze wieczornej sesji...

Arthur Ashe

sobota, 29 sierpnia 2009
Marta gra dalej, robimy Uli reklamę w Japonii

Prawie cały dzień w Nowym Jorku padało, ale pod wieczór przejaśniło się na tyle, że Marta Domachowska zdołała szybciutko pokonać Rosjankę Anastazję Piwowarową 6:2, 6:1 i awansowała do turnieju głównego. Mniej szczęścia miał Jerzy Janowicz, bo nie dość, że jego mecz wieczorem przerwał deszcz i będzie dokończony dopiero w sobotę o 20 polskiego czasu (14 w NYC), to "Jerzyk" nie za bardzo umiał sobie poradzić z Hindusem Somdevem Devvarmanem. Janowiczowi chyba nie pasował wilgotny kort, bo piłki zrobiły się ciężkie i jego serwis nie siał takiego spustoszenia jak w poprzednich meczach. Devvarman, niższy o głowę, ale bardzo zwinny i szybki "rozklepywał" więc Polaka dość łatwo. Lunęło przy 6:2, 5:2. Może jutro coś się odmieni, ale jeśli ma się odmienić, to musi się odmienić duuuużo.

Żadnego z tych meczów nie widziałem w całości, bo kursowałem między kortami (a była spora odległość), a jeszcze nagle usłyszałem znany głos "Ooo! Wyborcza już przyjechała" i uciąłem krótką pogawędkę z trenerem Robertem Radwańskim. Wieści o stanie dłoni Agnieszki nie są zbyt dobre - w piątek nie dała rady normalnie trenować. Ale trener zapewnił, że leczą i robią co mogą, żeby mogła grać. Przeczytacie więcej niebawem TU.

Z trenerem rozmawiałem przez płot między kortami treningowymi i strefą ogólnodostępną dla kibiców. Raz po raz podchodzili jacyś fani i szukali wzrokiem sław.

W pewnej chwili podeszło dwóch Japończyków.

- Who is this?

- Ula Radwanska.

- Who?

- Ursula Radwanska. You know, the younger Radwanska.

- Aaaaaa. Yes, yes, yes! She played semifinal in Los Angeles recently.

- No, she didn't play semis there...

W tym momencie włączył się coach Radwański: - Yes, she played semifinal, that's her!

Japończycy cmokają i próbują cykać zdjęcia, a trener do mnie po cichu mówi tak: - Trzeba zrobić Uli trochę reklamy...

devvarman

kort nr 5

janowicz

janowicz

janowicz

marta domachowska

marta domachowska

piątek, 28 sierpnia 2009
US Open - dłuuuuga droga na korty

W Nowym Jorku mieszkam na Brooklynie w okolicach stacji metra Fort Hamilton Pkwy, jednej z 468 stacji metra w mieście. Zatrzymują się tam linie F i G (ta druga od niedawna), dwie z 26 linii metra w mieście :-) Mieszkam w pobliżu u mojej kuzynki Uli i jej męża Damiena, którzy serdecznie pozdrawiają czytelników bloga i ściskają kciuki za Agnieszkę Radwańską.

Wróćmy jednak do drogi na korty. Zajmuje mi ona ok. półtorej godziny w jedną stronę, bo muszę przemieścić się z Brooklynu na Queens, a jak pewnie się domyślacie nie jest to to samo, co przemieszczenie się z Mokotowa na Pragę Południe.

Punktem wyjścia jest stacja Fort Hamilton Pkwy na Brooklynie, docelową - stacja linii nr 7 Mets Willets Point w Queens. Mieści się tam... baseballowy stadion New York Mets Shea Stadium - po stronie północnej torów, a po południowej jest kompleks tenisowy USTA Billie Jean King National Tennis Center, czyli mówiąc po ludzku - korty.

Trasę mogę pokonać na dwa sposoby. Albo dojeżdżam 17 stacji metrem F na Manhattan, gdzie przesiadam się na 42 Ulicy w linię 7, skąd mam już „tylko” 18 stacji na korty. Druga opcja, to bezpośrednia wyprawa z Brooklynu na Queens, która na mapie wygląda na krótszą, ale tylko tak wygląda. W tej opcji „robię” 19 stacji stacji linią G do Long Island City Court Sq i mam przesiadkę do „siódemki”, w której spędzam kolejne 14 stacji.

Ta druga opcja jest minimalnie krótsza, ale właściwie nie ma różnicy w czasie dojazdu. W pierwszym przypadku mam 35 stacji, w drugim 33 w jedną stronę. Każdego dnia będę więc pokonywał nawet do 70 stacji! Czyli po 10 dniach usłyszę odgłos otwieranych drzwi w metrze ponad 600 razy. "Siódemka" ma czasem swoją ekspresową odmianę, która staje tylko na kilku stacjach, ale mnie ona niestety ominie, bo będę jeździł na korty wcześnie rano, a ekspresy puszczają ok. 10-11, gdy jadą największe tłumy kibiców.

Tak czy siak, nie piszę tego po to, żeby ponarzekać. Nowojorskie metro jest chyba najfajniejszym metrem na świecie. Jedynym jakie znam, które jeździ całą dobę (a mój rekord powrotu z kortów w NYC to chyba 3 w nocy, więc się przydaje), poza tym można sobie poobserwować Amerykę w pigułce, bo metrem jeżdżą wszyscy - pełen przekrój klas, zawodów, ras, dziwnych fryzur i ubiorów. 

NYC Subway

Na korty można też oczywiście dojechać samochodem albo pociągiem podmiejskim np. ze stacji Grand Central, ale także z różnych innych części Long Island, bo przecież kibice nie przyjeżdżają tylko z Manhattanu. Zaznaczyłem na mapie najważniejsze punkty. D - to mieszkanie na Brooklynie, gdzie się zatrzymałem. K - to korty. Powiększenie mapy metra można zobaczyć TUTAJ, ale jest stara, bo linia G jeździ teraz ciut inaczej.

Na drugiej mapce zaznaczyłem obie opcje dojazdowe. Na czerwono przez Manhattan, na czarno bezpośrednio na Queens.

Opcje dojazdu

Jeśli zastanawiacie się co robię spędzając w metrze trzy godziny dziennie, odpowiadam: rano czytam gazety, a wieczorem zapisy konferencji prasowych. Przynajmniej dopóki jeszcze widzę na oczy :-) Jak przestanę, zostaje już tylko słuchanie muzyki.

Oto zdjęcia z dzisiejszej drogi na korty:

Fort Hamilton

Fort Hamilton

Przesiadka z lini G do 7:

przesiadka

Żeby się przesiąść, musiałem na trochę wyjść na zewnątrz...

przesiadka

Linia 7

7 to linia naziemna...

przesiadka

Przez moment widać panoramę Manhattanu:

manhattan

A te kominy to chyba te słynne kominy z "Conspiracy Theory"?

manhattan

Stacja końcowa. Tu trzeba wysiąść  na korty

willets-point

Z lewej jest stadion Metsów:

Shea Stadium

Z prawej korty. Oczywiście od razu widać Arthur Ashe Stadium. To najwięszy tenisowy stadion świata:

Arthur Ashe Stadium

Po drodze można spotkać takie ostrzeżenia:

bilety

Welcome:

welcome

jedna z bram

Korty są położone w okolicach Parku Corona:

corona park

Tu ma dziś grać Janowicz. Jak robiłem zdjęcie, ciągle padało:

kort numer 5

korty us open

Arthur Ashe, trochę duuuuży:

arthur ashe

 

korty us open

Biuro prasowe:

biuro prasowe

Moje stanowisko pracy. Tu powstaną wszystkie teksty i wpisy na bloga, także ten, który teraz czytacie...

gazeta wyborcza

 

niedziela, 16 sierpnia 2009
Wow! Co to był za tydzień!

Andy Murray

Andy Murray dochodzi w Montrealu do finału i - dzięki jednoczesnej porażce Rafaela Nadala w ćwierćfinale - zostanie w poniedziałek numerem dwa na świecie w rankingu ATP. Nadal i Roger Federer zajmowali dwa pierwsze miejsca nieustannie od lipca 2005 r. Murray w ogóle robi niesamowite wrażenie na dwa tygodnie przed US Open. Bukmacherzy już swoje wiedzą.

Federer, Nadal i Djoković przegrywają w ćwierćfinałach w tym samym Montrealu. Nie pamiętam turnieju, by ta trójka odpadła tak wcześnie. Ktoś pamięta? I czy to już „znak czasów”, że oni odpadają, a Murray, Tsonga i Del Potro grają dalej?

Federera trochę usprawiedliwiają dzieci i nocne dyżury przy zmianie pieluch, ale od 5:1 w trzecim secie do przegrania meczu? Forma Szwajcara będzie zagadką w Nowym Jorku.

Największa zagwozdka i tak jest z Nadalem - ten ćwierćfinał, jak na pierwszy turniej po takiej przerwie, to dobrze, czy nie dobrze? Del Potro w drugim secie zmiażdżył go 6:1. Czy to przez kolana, czy Rafie się nie chciało? Kolejny tydzień może coś nam rozjaśni.

W kobiecym Cincinnati też multum ciekawych historii. W III rundzie poległy siostry Williams (z Bammer i Pennettą). Szczególne wrażenie robiła na mnie Bammer, do momentu, gdy w kolejnym meczu nie dostała 0:6, 3:6 od Janković. Moja wiara, że podstawową zasadą jaką rządzi się kobiecy tenis jest kompletny brak logiki, została przywrócona. Plus cytat Sereny: “I never played worse in my life”. Też krzepi.

No i oczywiście niesamowity powrót Clijsters, którą zatrzymuje dopiero Safina w 1/4 finału. To był zresztą mecz nieco symboliczny. Dzięki niemu Safina i panowie z WTA mogą spać spokojnie. Gdyby Clijsters jakimś cudem wygrała też z numerem jeden kobiecego tenisa, ten sport chyba straciłby już jakikolwiek sens :-) Już pojawiały się bowiem zgryźliwe komentarze ( i np. tutaj), że jeśli Clijsters wygrywa z taką łatwością, to jest to niezbity dowód, że kobiecy tenis jest w opłakanym stanie. Ale porażki sióstr Williams plus reaktywacja Safiny jakoś uratowały sytuację.

Flavia Pennetta

Flavia Pennetta - moja cicha bohaterka ostatnich tygodni. Niesamowity marsz zwycięstw - od Palermo przez Los Angeles, aż do półfinału w Cincinnati (przegrała z Safiną). 15 wygranych meczów z rzędu. W nagrodę zostanie w poniedziałek pierwszą w historii Włoszką w TOP 10. Bravo Flavia!

A tak w ogóle, to nie wiem, czy zauważyliście, ale w Montrealu po raz pierwszy od 1973 r., czyli od powstania rankingu ATP, czołowa ósemka (Federer 1, Nadal 2, Murray 3, Djoko 4, A-Rod 5, Del Potro 6, Tsonga 7, Dawidienko 8) zagrała w ćwierćfinałach tego samego turnieju!

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 8
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter