Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
środa, 31 sierpnia 2011
Słaby serwis, słaby Nadal

Rafael Nadal

Jeden z polskich fotografów na US Open pokazywał mi dziś zdjęcia z treningu Rafaela Nadala. Hiszpan bardzo długo ćwiczył jeden element - serwis.

Nic dziwnego. Mecz z Gołubiewem (i ostatnie tygodnie też) pokazał, że Nadalowi będzie niezwykle ciężko obronić w tym roku tytuł. Rafa nie zabrał bowiem w tym roku do Nowego Jorku tego, co przede wszystkim dało mu zwycięstwo 12 miesięcy temu - dobrego serwisu.  

Celowo piszę dobrego, a nie mocnego, bo Hiszpan nigdy nie serwował mocno, ale potrafił genialnie plasować podanie, a jego leworęczny serwis po przekątnej, czyli wychodzący, był bronią totalną, niszczącą wszystko na swojej drodze.

Z zeszłorocznego triumfu Nadala w Nowym Jorku najlepiej zapamiętałem właśnie te niezliczone gemy, w których rywale mieli breakpointy, ale nieustannie walili głową w mur, bo Rafa w najpotrzebniejszym momencie serwował asem w linie z powtarzalnością robota.

Hiszpan zawsze słynął z niezwykłej odporności psychicznej, ale dopiero lepszy serwis - ćwiczony, pamiętam taki żartobliwy cytat z wujka Toniego „na wzór golfowego zamachu Jacka Nicklausa" - dopiero on, stworzył z Nadala maszynę nie do pokonania.

Nie pamiętam dokładnych statystyk, ale moim zdaniem Rafa do ćwierćfinału, czy półfinału w 2010 r., chyba ani razu nie stracił własnego serwisu. Dla zawodnika predysponowanego do wolniejszych nawierzchni tylko przez serwis wiodła droga do zwycięstwa w Nowym Jorku. I Nadal ją po mistrzowsku odnalazł.

Tak było 12 miesięcy temu. W I rundzie US Open 2011 Nadal dał się przełamać Kazachowi Gołubiewowi z końca pierwszej setki rankingu ATP w każdym z trzech zaciętych setów, w sumie SZEŚĆ razy w całym meczu! Wygrał ledwie 66 proc. piłek po pierwszym podaniu.

Rano oglądałem telewizyjne analizy w ESPN i Tennis Channel i właściwie wszyscy byli zgodni - jeśli Nadal dalej będzie tak serwował, nie ma co myśleć o obronie tytułu.

Zabójczy forhend, najszybsze na świecie nogi, ani nawet głowa ze stali i walka do upadłego, nie uratują Nadala, jeśli nie będzie miał lepszego serwisu, bo prędzej czy później pojawią się rywale, którzy wykorzystają to, czego nie umiał we wtorek wykorzystać Gołubiew.

US Open. Woźniacka vs. dziennikarze. Karolina daje radę

Karolina Woźniacka

Można nie lubić defensywnego stylu gry Karoliny Woźniackiej, ani faktu, że jest numerem jeden, choć nie wygrała Wielkiego Szlema. Można nie lubić jej cukierkowatego uśmiechu i działającej na nerwy reklamy Turkish Airlines.

Ale przynajmniej w jednym trzeba oddać Karolinie szacunek - w tym, jak radzi sobie z presją ze strony mediów.

Nie ma dziś w tenisie bardziej krytykowanej tenisistki. Zawodniczki, która miałaby więcej haterów na Twitterze wyśmiewających się z jej „moonballsów", i generalnie wyśmiewających się ze wszystkiego, co robi. 

Woźniacka, odkąd jest numerem jeden, znajduje się pod nieustającym ostrzałem. Media, a zwłaszcza amerykańskie, które nie mogą ścierpieć, że numerem jeden jest ona, a nie Serena Williams, bezustannie zadają jej te same pytania o brak Szlema, o defensywę itd. Odrębną kwestią jest to, jak Karolina i jej team starają się rzeczywiście kierować jej karierą, ale po wysłuchaniu pierwszej konferencji prasowej Karoliny na US Open, jestem naprawdę pełen sympatii dla niej.

Na sam początek padło takie oto pytanie: „Mary Joe Fernandez and some of the TV people were saying in order for you to win a Grand Slam, you need to develop a big shot, a more aggressive shot, to beat Serena and Venus and those kind of players. Do you agree with that, or can you play the style you're playing and win?"

Karolina odpowiedziała: They can say what they want. I'm the type of player I am. I've won a lot of tournaments. I'm No. 1 in the world, and of course I can still improve. There are a lot of things to my game I can still improve, but everyone can. You know, I'm on the right track. I just go out there and I play the way I do, and, you know, hopefully that's good enough.

Potem padło podchwytliwe pytanie o Rory'ego McIllroy'a, chłopaka Karoliny i golfowego mistrza US Open: I understand you're friendly with a golfer Rory McIlroy who won golf's U.S. Open. Has he had a little fun with you about dare you to win this US Open, trying to keep up?

Karolina rezolutnie: Yeah, well, you know, definitely trying to keep up. I'll definitely do my best, but I still have six tough matches to go, so it will not be easy. You know, he has something I'm looking for and I have something he's looking for. He wants to be No. 1. So it's good to have something on each other.

I znów pytanie o numer 1: Is there ever a time when being No. 1 feels more like a burden than an honor?

Karolina: No. It's definitely an honor, and it's a dream for me to be there. You know, I'm trying to stay up there as long as possible, and doesn't really matter what people are saying. No one can ever take that away from me. I'm No. 1 in the world. I have been there for 46 weeks. So, I mean, that's a great achievement.

Ale dziennikarze nie dają za wygraną: So despite not winning a major at this point and only reaching the one final here two years ago, you're satisfied with what you've done to be No. 1?

Karolina łopatologicznie: Of course. I mean, I won six tournaments this year already. You know, I should definitely not be complaining. I'm in a good position. I'm in a good spot. I'm happy, healthy, and I can go out there and compete. That's what's most important. I'm winning a lot of matches, which is why we practice. We practice to win. Yeah, I've won a lot of matches, and that's what satisfies me.

I pytanie z pogranicza samokrytyki (?): Are you sometimes amused by all this going on as though you didn't know how to play tennis?

Karolina: You know, it's actually been nice the last three, four weeks because I haven't gotten any questions about No. 1. So, you know, now I know that I'm back on track. You know, I know that everyone has to write their stories, but I think it's -- we should move on. Ask me about something else, something more interesting.

 Padło też pytanie o tajemniczego trenera, który doradza Woźniackiej, ale nie chce się ujawnić (czyżby to był Pan, Panie Wojtku? :-): It's not that common, though, for a top player to hire a mystery coach who is kind of in the background. Just talk about that from your perspective, because it is a little strange for you as No. 1 to make a major hire and basically no one except for you and your team know who it is.

Karolina twardo: Yeah, well, I have to respect him as well. So if he wants to be in the background and not have his name out, I have to respect that. So that's mainly why.

Naprawdę duża klasa, zero arogancji, wkurzenia, ale stanowczo i dobitnie. Pytania też były zadawane w kulturalny sposób, ale wierzcie mi, nikt nie zadaje Andy'emu Murrayowi, który też nie wygrał Szlema pytania o wymowie: Ekspreci w telewizji mówią, że nie umiesz grać w tenisa, co ty na to?

poniedziałek, 29 sierpnia 2011
US Open: No to zaczynamy

Niedzielny huragan "Irene" wyglądał z mojej brooklyńskiej perspektywy tak:

Irene

Właściwie z trudem mogłem dostrzec przez okno jakieś większe poruszenie liści na drzewach, choć w dalszej części Long Island żywioł wyrządził ponoć znacznie poważniejsze szkody. Jeden z polskich fotografów opowiadał, że przewrócone drzewo przygniotło mu samochód. Zdarzały się też podtopienia, awarie elektryczności, no i aż do poniedziałku rano sparaliżowana była komunikacja.

Tak, czy siak, dziś, czyli w poniedziałek, pogoda wygląda tak:

 the sun

A korty w pierwszym dniu US Open przedstawiają się następująco:

us Open

US Open

US Open

US Open

US Open

W pierwszym dniu turnieju chyba nie będzie większych niespodzianek, choć ciekawi mnie jak zagra Venus Williams po kontuzji biodra w swoim pierwszym występie od Wimbledonu.

Ja czekam oczywiście głównie na spotkanie sióstr Radwańskich. Trudno powiedzieć, kiedy się zacznie, bo wcześniej na korcie nr 11 są m.in. dwa męskie mecze, a jak wiadomo męskie pojedynki mogą trwać po 2 godz., a mogą i po 5 godz.

W Nowym Jorku mam dość daleko na korty, o czym już kiedyś tu pisałem. Czas w metrze umilam sobie zawsze czytając dwie zakupione rano gazety - brukowy "New York Post" (choć jeśli w skali brukowości to jest brukowiec na 5, to polski "Fakt" to minus 5, bo w "NYPost" nie ma opowieści o wielorybach płynących rzeką i przeskakujących zapory wodne we Włocławku) oraz "New York Times".

"Post" dziś oczywiście pisze głównie o huraganie, ale na okładce wiadomością numer jeden jest to, że Beyonce jest w ciąży. Przeglądanie sportu w Post daje dobry pogląd na to, jak rozkładają się sportowe zainteresowania Amerykanów. Otóż 95 procent tekstów to baseball, futbol amerykański i NBA (teraz nie, bo jest lokaut). O tenisie w dniu startu US Open jest jeden artykuł piszącego od lat dla Post dziennikarza Marca Bermana, zresztą całkiem zgrabny i rzeczowy, o Federerze. I to wszystko.

Lektura sportu w "New York Timesie" jest pasjonująca, bo gazeta ma unikalne podejście - bardzo często stara się pisać o sporcie nie opisując wyłącznie co się zdarzyło i co mówią gwiazdy, ale próbuje wytłumaczyć istotę danego sportu, zagłębić się w poszczególne jego elementy, odkryć przed czytelnikami pewne tajniki. 

Może będzie łatwiej to zrozumieć na przykładzie. Otóż "NYTimes" w dniu rozpoczęcia US Open zrobił dziś dodatek pod tytułem "At your service" poświęcony serwisowi w tenisie. Jest artykuł w ujęciu historycznym, jak zmienił się serwis na przestrzeni dziesięcioleci, jest artykuł wspominający mecz Samprasa z Agassim rozstrzygnięty samymi serwisami (zero przełamań, cztery tie-breaki), jest artykuł o tym, jak debliści trafiają w swoich partnerów podczas serwisów, jest artykuł statystyczny analizujący to, że kluczowy w tenisie jest nie tyle serwis, co uderzenie po serwisie (serve + 1), dzięki czemu Federer, Nadal, czy Djoković, choć nie serwują tak dobrze jak Karlović, rządzą w dyscyplinie. I świetny artykuł o returnie pt. "Return to sender" próbujący rozstrzygnąć, czy dobry return można wyćwiczyć, czy to wyłącznie instynkt.  

Uważam, że takie podejście jest świetne, bo ja np. śledząc przez cały rok na bieżąco co mówi Djoković, Murray, Serena itd., na samą myśl o czytaniu artykułów naszpikowanych wypowiedziami co powiedzieli przed US Open i jakie są ich szanse, dostaję mdłości.

Ale jest jedna ważna rzecz, która sprawia, że "NYTimes" może sobie pozwolić na takie podejście do sportowej imprezy. Czytelnicy tej gazety grają w tenisa, uprawiają sport (w NY jest blisko 1000 publicznych kortów!). To w większości aktywni, raczej zamożni nowojorczycy, najczęściej o bardzo szerokich horyzontach (czyli w sportowym kontekście wykraczających poza baseball i futbol). Takie artykuły są więc dla nich podwójnie interesujące, bo oni sami serwują i returnują. Pewności nie mam, ale wydaje mi się, że tak rozumują szefowie sportu w "NYtimesie".

wtorek, 28 czerwca 2011
Kubota rzeczywistość alternatywna

Łukasz Kubot

1.

Jest tie-break trzeciego seta, 6-5. Kubot prowadzi z Lopezem i ma meczbola. Serwuje, rusza do siatki, Lopez odgrywa, ale Polak z zimną krwią posyła woleja pod samą linię końcową. Hiszpan nie jest w stanie go odebrać. - Yeeeeeeeeeeeaaaah! Coooooome on! - ryczy Polak, pada na kolana, ale szybko się podnosi. Podbiega do siatki pogratulować rywalowi. Potem jest kankan, widownia krzyczy: Brawo Łukasz! Teraz lejesz Murray'a!

- Co za mecz, co za emocje, opłaciła się ta ofensywna taktyka, do której namawiałem Łukasza - mówi schodząc z trybun w Londynie Wojciech Fibak.

Konferencja prasowa z Łukaszem zostaje wyznaczona w głównej sali. Brytyjscy dziennikarze zasypują go pytaniami o Murray'a. Łukasz odpowiada w swoim stylu, że rywal jest faworytem, ale nie ma nic do stracenia, będzie walczył i trzymał się swojej taktyki. Pytają też o kankana, Kubot opowiada im historię, że obiecał taniec trenerom. Następnego dnia „The Sun" pisze: „Murray must out-dance Kubot" i wywala na pół strony zdjęcia tańczącego Polaka. John McEnroe w BBC mówi, że wreszcie ktoś gra serve and volley i przestrzega: - Murray nie może zlekceważyć Kubota. Bjoern Borg wie coś o lekceważeniu ofensywnych graczy.

- Panowie, no co ja mam wam powiedzieć? Spełnienie marzeń, ale to jeszcze nie koniec. Najważniejsza będzie regeneracja. Nie myślę jeszcze o pieniądzach, co będzie dalej. Liczy się tu i teraz. Walczę o półfinał Wimbledonu! - mówi nam na konferencji Łukasz.

Do mnie dzwoni mówi szef - kierownik działu sportowego, i mówi, że robimy z Kubota czołówkę całej „Gazety". Gospodarka zgłosiła temat, że samorządy za wolno wydają pieniądze na internet, ale sukces Łukasza spycha to na dalsze strony. We wtorek na okładce „Gazety" jest wielkie zdjęcie szczęśliwego Polaka. Czarne litery krzyczą: „Kubot walczy o półfinał!!!"

Kiedy zbieram się, żeby lecieć na dół do brytyjskich dziennikarzy, na czwarte pietro biura prasowego przychodzi Neil Harman z „Timesa". - Jesteście z Polski? Możemy porozmawiać o Kubocie? - pyta. Opowiadamy o trenerze Janie Stocesie, o słowackiej dziewczynie Evie, o ojcu trenującym od niedawna piłkarską Zawiszę Bydgoszcz. O 30 latach posuchy w polskim tenisie, o Radwańskiej.

Następnego dnia „Times", „Guardian" i inne gazety zamieszczają fachowe analizy kolejnego przeciwnika Murraya.

Szkot mówi o Kubocie na konferencji: - Gra ofensywnie, chodzi do siatki właściwie po każdej akcji. Muszę być przygotowany na celne returny i minięcia.

Na schodach widzę Tima Henmana, pracującego dla BBC. Zaczepiam, mówi, że zajęty, ale jak słyszy „Polska", godzi się na chwilę rozmowy. Podobnie jak McEnroe, chwali Łukasza, jego ofensywę, cieszy się, że ktoś gra znów serve & volley.

Z pytaniami o Kubota przychodzą też do nas czescy dziennikarze, Niemcy, Słowacy.

Moja komórka podskakuje nieustannie, bo ciągle dzwonią polskie stacje telewizyjne i radia z prośbą o komentarz, relację, wrażenia. W biurze prasowym pojawiają się nagle dziennikarze Polsatu, który ma prawa do relacji z turnieju, ale dopiero po wygranej Kubota, przysłał do Londynu większą ekipę.

Przez cały wtorek właściwie nie wstaję od komputera. Zapełniam kilka stron analizami, wywiadami, komentarzami. Wieczorem idziemy z innymi dziennikarzami na Guinnessa. Zdrowie Łukasza! Za zwycięstwo!

Muszę przebukować hotel, kupić nowy bilet na samolot, bo w środę miałem wracać.

Po południu zaczyna się transmisja w BBC. Przed telewizorami 7 mln Brytyjczyków. Łukasz serwuje. Zaczyna asem w linię. - Dajesz, Łukasz! - rozlega się gdzieś z tyłu.

2.

Łukasz Kubot rodzi się w Czechach, a nie w Polsce. Jako zdolny junior trafia do akademii w Prostejovie. Opiekują się nim najlepsi czescy trenerzy. Kiedy ma 18 lat szkoleniowcy uznają, że warto spróbować zrobić z niego gracza ofensywnego, który będzie chodził do siatki. - Na pewno? Nie, to chyba nie jest dobry pomysł - mówi im Łukasz. - Spokojnie, zaufaj nam, wiemy co robimy. Biegając z tyłu kortu nic zyskasz. Po co masz tracić czas - odpowiadają. Trenerzy wiedzą, że Łukasz nie ma może ogromnego talentu, ale widzą, że ciężko pracując i stawiając na atak, może do czegoś dojść.

Łukasz powoli pnie się w górę, gra też dużo w debla, tworzy silny duet z Lukasem Dlouhym. Debel jest kluczowy w rozwijaniu u Kubota umiejętności gry przy siatce, wolejów. Nie jest to dziełem przypadku, doskonale wiedzą to jego opiekunowie.

Łukasz powoli buduje własny team, jego sponsorem jest Skoda, mieszka w Pradze. Jego styl serve & volley zaczyna być znany w tenisowym środowisku, piszą o nim fachowe magazyny.

Jako 23-letni tenisistka przechodzi eliminacje Wimbledonu. W 1/8 finału wpada na swojego rówieśnika - Hiszpana Feliciano Lopeza. Przegrywa w dramatycznych okolicznościach - marnując dwa meczbole w trzecim secie. Kapituluje po pięciu setach morderczej walki.

„Spokojnie, Łukasz ma jeszcze czas. Ważne, że atakuje i jest konsekwentny" - pisze dziennik „Dnes". Korespondent „Lidovych Novin" pisze na swoim pokręconym blogu tenisowym: „Wyobraźmy sobie alternatywną rzeczywistość, w której Kubot rodzi się w kraju, gdzie nie ma tenisowych tradycji, trenerów, systemu szkolenia, juniorów, a największą oglądalność ma stacja telewizyjna, która nie pokazuje sportu, tylko seriale i tańczących aktorów. Tam ktoś mógłby go przeoczyć, odkryć za późno, albo Łukasz doszedłby do właściwych wniosków samodzielnie, ale np. jako 29 latek, u schyłku kariery. My odkryliśmy co trzeba zrobić wystarczającą wcześnie. Łukasz ma jeszcze czas. Spokojnie" - pisze bloger „Lidovych Novin" na swoim pokręconym blogu.

Rok później Kubot znów przyjeżdża na Wimbledon. Ma 24 lata. Zaczyna asem w linię...

piątek, 24 czerwca 2011
Dlaczego przegrała Radwańska?

Agnieszka Radwańska

1. Kiedy rozmawialiśmy z nią dzień wcześniej po łatwym zwycięstwie z Olgą Govorcovą, Agnieszka z uśmiechem przypomniała sobie, że sześć lat temu Cetkovska pokonała ją w małym turnieju ITF w Gdyni. Polka miała wtedy 16 lat, była w dziewiątej setce rankingu WTA, miała pełne prawo przegrać z 20-latką, notowaną 500 pozycji wyżej.

Ale, kiedy zapytaliśmy, jak gra Czeszka, na co trzeba uważać, czego się spodziewać, Agnieszka wzruszyła ramionami. - Nie wiem, zupełnie nie wiem, jak ona teraz gra - odparła. Rozmowa toczyła się jeszcze przed zakończeniem pojedynku Cetkovskiej w I rundzie i Agnieszka skonstatowała ostatecznie, że raczej zmierzy się z Kristiną Barrois. - Niemka jest lepsza - stwierdziła, wskazując po prostu na rywalkę lepiej jej znaną. Cetkovską kompletnie zlekceważyła.

2. Okazało się jednak, że czeskich zawodniczek lekceważyć nie wolno. Czechy to kraj gigantycznych tenisowych tradycji, wielkich trenerów, jednego z najlepszych systemów szkolenia. I to, że ktoś jest 81. na świecie, nie znaczy, że nie wie, na czym polega tenis. Cetkovska rozegrała świetny mecz. Ktoś bardzo dobrze przygotował ją do starcia z Radwańską taktycznie - kazał atakować drugi serwis, podpowiedział pewnie, żeby spodziewać się dropszotów, że trzeba będzie dużo biegać, grać regularnie, dokładnie. Nie odpuszczać, walczyć.

3. I dochodzimy do spraw bardziej fundamentalnych. Do podejścia Agnieszki do takich zaciętych meczów. Moim zdaniem, Radwańska, w sytuacji, gdy jej TYPOWY tenis nie odnosi skutku, oddaje inicjatywę, gubi się i jest wtedy w stanie przegrać z każdym. - Nie wiem, co mam grać! - krzyczała wczoraj.

I prawdę krzyczała. Bo Agnieszka od czasu swoich wielkich sukcesów juniorskich, gdy jako drobna dziewczyna ogrywała nawet wielkie i silne rywalki sprytem, dropszotami, podkręconymi piłkami, ośmieszaniem, przyzwyczaiła się, że to ZAWSZE odnosi skutek. Ma zakodowane w głowie, że dropszot, a potem lob, albo trzykrotna zmiana rotacji i kierunku, daje punkt, a widownia klaszcze.

Ale, odkąd Radwańska trafiła do tenisowej elity, do 10 WTA, a jej mecze pokazuje telewizja, Cetkovska i inne anonimowe Czeszki oraz ich trenerzy, widzą ją coraz częściej na korcie i uczą się, jak pokonuje się Radwańską.

4. Agnieszka nie przegrałaby wczoraj z Cetkovską, gdyby w trzecim secie - gdy prowadziła 4:2 i 40:0 przy własnym podaniu - nie bała się zaatakować. Zamiast tego, była pasywna, czekała na błąd rywalki. Nie doczekała się, bo Czeszka wiedziała lepiej, że w kluczowych momentach takiego meczu, trzeba grać odważnie. Dropszoty i slajsiki w takiej chwili nie są dobrym pomysłem.

Brak ryzyka, agresji, zdecydowania, ataku - to są wszystko zarzuty, które kieruje do Agnieszki jej ojciec i trener Robert Radwański. Jego pomysły mają przeciwdziałać temu, o czym pisałem w pkt. 3, czyli przyzwyczajeniu Agnieszki, że jej typowy tenis załatwia wszystko. Nie załatwia, czasem trzeba zagrać inaczej, żeby zwyciężyć. Radwański to rozumie (choć czasem przesadza z formą krytyki, doborem słów i meczów do krytykowania), ale wczorajsza porażka z Cetkovską pokazała, że ma dużo racji. Nie zmienia to jednak faktu, że Agnieszka go nie słucha.

5. I tu pojawia się pytanie, czy Agnieszka w ogóle kogoś słucha. Wiemy, że nie słucha ojca, bo już od jakiegoś czasu pokrzykuje „że się nie zna" i „żeby wszedł na kort i sam zagrał, jak jest taki mądry". W Londynie nie chciała go w ogóle widzieć, postanowiła, że poradzi sobie bez niego. I zaliczyła najgorszy występ w Wimbleodnie w karierze.  

Z całym szacunkiem dla Tomasza Wiktorowskiego - sympatycznego kapitana reprezentacji w Pucharze Federacji - ale jego też nie słucha. Gdyby nie przychodził na treningi Agnieszki, to wyglądałyby one dokładnie tak samo. W rzeczywistości Agnieszka sama decyduje co robić, jak trenować, ile czasu. Taktyczne niuanse, analiza gry rywalek, to też nie są jej ulubione tematy rozmów, nawet jeśli ojciec, a teraz Wiktorowski, coś tam do ucha Agnieszki czasem sączą.

Temat dodatkowego trenera, czy doradcy z zewnątrz, to bajka nieprawdopodobna. I to nie dlatego, że nie dogadałby się z impulsywnym Radwańskim. Takiego człowieka nie chce i nigdy nie chciała koło siebie sama Agnieszka.

6. Nie siedzę w głowie Agnieszki, ale wydaje mi się, że ją zadowala to, co już ma. Z jej talentem, świetną czasami grą, ćwierćfinałami, półfinałami, jest w stanie utrzymywać się w TOP 15 przez lata i zarabiać rocznie po milionie dolarów.

Agnieszka lubi swoją pracę, lubi koleżanki, wyjazdy, atmosferę turniejów. Jestem przekonany, że lubi też trenować i wygrywać mecze. Ale jest kilka aspektów tenisa, za którymi nie przepada - dziennikarzy zadających wciąż te same pytania, analizujących porażki, jakoby one miały jakieś znaczenie, wywierających presję, pytających, co się stało, dlaczego, po co. Ojca, który oczekuje od niej ciągłego awansu, rozwoju, wygrania Wielkiego Szlema. Artykułów na swój temat, komentarzy w internecie, dyskusji.

Im dłużej śledzę karierę Agnieszki, tym bardziej dochodzę do wniosku, że w jej tenisie brakuje najbardziej nie mocnego drugiego serwisu, czy kończącego forhendu, ale po prostu większej sportowej ambicji. Nie mówię, że musi ją mieć. Stwierdzam tylko fakt.

Na korcie numer cztery było widać wyraźnie, że właśnie tym, czego Agnieszce najbardziej brakuje, pokonała ją wczoraj Petra Cetkovska.

czwartek, 23 czerwca 2011
Kubot vs. Monfils - czy Łukasz może sprawić sensację?

Gael Monfils

Moim zdaniem może. Francuz jest ósmą rakietą świata, ale korty trawiaste to nie jest jego najszczęśliwsza bajka. Monfils najlepiej czuje się na mączce (półfinał French Open 2008 plus dwa ćwierćfinały przy innych okazjach) i nawierzchni twardej (ćwierćfinał US Open). Na trawie Wimbledonu Francuz nigdy nie przeszedł jeszcze III rundy!

Monfils świetnie się rusza, ale pod warunkiem, że ma dużo czasu na dojście do piłki. Na trawie, gdzie trzeba się schylać, wykazać większym refleksem, nie jest już tak szybki.

Monfils to także typ zawodnika chimerycznego, nie potrafiącego grać na równym poziomie przez dłuższy czas. We Francji uchodzi za wielki talent, ale w dużej mierze niespełniony - trzy ćwierćfinały Szlema w ciągu siedmiu lat to trochę mało. Monfils, gdy stawka jest duża, bardzo często zawodzi - z 13 finałów imprez ATP, zdołał wygrać tylko trzy, dość kameralne zresztą, m.in. Sopot w 2005 r. (widziałem ten finał na własne oczy).

Francuz ma też na głowie problemy poza kortem. - Nie grałem dobrze, walczyłem ze sobą, w kluczowych momentach pomogło mi większe doświadczenie. Ciężko jest mi skoncentrować się na grze ze świadomością, że mój przyjaciel jest w śpiączce - mówił Monfils dziennikarzom „L'Equipe" po trudnym spotkaniu ze Słoweńcem Gregą Żemlją 4:6, 6:3, 6:3, 7:6 (9-7). Chodzi o Philippe'a Manicom'a, byłego fizjoterapeutę i serdecznego przyjaciela Monfilsa. Manicom choruje na raka i w stanie ciężkim przebywa w śpiączce w szpitalu. Australijski trener Monfilsa Roger Rasheed (były szkoleniowiec m.in. Lleytona Hewitta) mówił, że Gael był jedną z ostatnich osób, które rozmawiały z Philippem przed wprowadzeniem go przez lekarzy w stan śpiączki. Gael podobno bardzo przeżywa cierpienia swojego przyjaciela.  

Łukasz nie ma takich problemów, jest uskrzydlony wspaniałym zwycięstwem nad Karloviciem, a trawa będzie promować jego ofensywny styl gry. Żemlija podczas pojedynku z Monfilsem właściwie nie ruszał się z linii końcowej. Francuz mógł dzięki temu spokojnie przygotowywać swoje kontrataki. Z Łukaszem tak łatwo nie będzie.

Spotkanie w piątek. Mam nadzieję, że trawa zapłonie od emocji i fantastycznego tenisa :-)  

środa, 22 czerwca 2011
Kubot - tenisista pełną gębą

Łukasz Kubot

Łukasz Kubot stał się innym człowiekiem niż kiedyś. Nie pali się już psychicznie, nie przegrywa meczów w głupi sposób. Nie spuszcza nisko głowy, kiedy nie wchodzą mu serwisy. Nie odpuszcza, gdy mu nie idzie. 

Wtorkowa wygrana z Clementem była przykładem pojedynku, który Polak wygrał rutyną, spokojem w kluczowych momentach, cierpliwością. Mecz był brzydki, pełen błędów, nierównej szarpaniny z obu stron. - Ale wygrywanie takich pojedynków też jest sztuką - mówił Łukasz.

Nie zraziły go dwa przegrane sety, wiedział, że jest jeszcze piąty i w nim trzeba się skoncentrować maksymalnie na własnych serwisach. Podkreślał, że czuł do rywala - finalisty Australian Open - duży respekt, ale ufał też swoim umiejętnościom.

Wojciech Fibak, oglądający spotkanie z trybun, powiedział po spotkaniu znamienne słowa: - Przez lata nasi tenisiści próbowali, walczyli, ale na koniec zawsze przegrywali. Wreszcie mamy kogoś, kto jeździ na Wielkie Szlemy i regularnie wygrywa.

To prawda. Łukasz zalicza właśnie siódmy singlowy występ w Szlemie z rzędu (dziewiąty w karierze). W tym roku wygrał przynajmniej jeden mecz na każdym ze Szlemów - w Australii pokonał Sama Querrey'a, w Paryżu Nicolsa Almagro i Carolsa Berlocqa, a teraz Arnauda Clementa.

Poprzez debel, challengery, mniejsze turnieje, eliminacje, ciężkie treningi, kontuzje, wzloty i upadki, Łukasz przeszedł niezwykle długą drogę do singlowej tenisowej elity. - Na początku roku spoczywała na mnie wielka presja, bo musiałem bronić ponad 500 pkt., żeby w ogóle nie zniknąć z tenisowej mapy, żeby utrzymać się w setce. Zastanawialiśmy się z trenerami jaką obrać strategię. I zagraliśmy „va banque". Postanowiliśmy, że gram tylko w największych turniejach i w eliminacjach do nich - opowiadał Kubot.

I tamta odważna decyzja się opłaciła, bo dziś Łukasz jest już pewien utrzymanie się w setce. Jest bardzo możliwe, że zagra bez eliminacji w US Open.

Te odważne decyzje, wynikające zapewne z większej niż kiedyś wiary w siebie, ciężka praca, to oznaka niezwykłej dojrzałości. Łukasz ma mniejszy talent tenisowy od Agnieszki Radwańskiej, ale moim zdaniem jest od niej większym profesjonalistą, ciężej pracuje. Agnieszka tenis traktuje lżej, bo zawsze wszystko przychodziło jej łatwiej. Łukasz przebył piekielnie trudną drogę z hali w Lubinie, gdzie jeździł trenować o piątej rano, do statusu zawodowca jaki ma teraz.

A jaki to dokładnie jest status? Jeszcze podczas eliminacji w Roehampton (opowiadał dziennikarz, który był na miejscu) na mecze Polaka przychodzili zagraniczni kibice, siadali, oglądali i komentowali, że to gra „ten Kubot, no wiesz, Polak, ten co gra serve & volley".

Polak nie tylko zadomawia się w setce i wyznacza sobie kolejne ambitne cele - awans na igrzyska w Londynie, ale wyrobił też niepowtarzalny styl, który sprawia, że często jest bardziej zauważany przez fanów niż niektórzy tenisiści z pierwszej 50.

Krótko mówiąc, wreszcie mamy tenisistę pełną gębą. Nawet jeśli dziś przegra z Ivo Karloviciem, to chyba pierwszy raz jestem o przyszłość Łukasza dziwnie spokojny.

Łukasz Kubot

Arnaud Clement

Łukasz Kubot

Trwa moja nieregularna relacja na żywo z Wimbledonu na Twitterze.

wtorek, 21 czerwca 2011
Fani byli wściekli, że nie zobaczyli Murray'a

Henman Hill

Andy Murray pokonał wczoraj w I rundzie Wimbledonu Hiszpana Daniela Gimeno-Travera 4:6, 6:3, 6:0, 6:0. Spotkanie rozgrywano pod dachem kortu centralnego, bo wieczorem w poniedziałek w Londynie padał deszcz. Zwycięstwo rozstawionego z czwórką Szkota obejrzało 15 tys. widzów na trybunach i kilka milionów w telewizyjnej relacji BBC2.

Ale nie zobaczyło go kilka tys. pozostałych kibiców na kortach, którzy mieli inny rodzaj biletów - tzw. ground pass. Z takimi wejściówkami można przebywać w obrębie All England Tennis Clubu cały dzień i oglądać wybrane spotkanie na kortach zewnętrznych (np. mecz Łukasza Kubota z Arnaudem Clementem). Kibice z ground passami gromadzą się też często na tzw. Wzgórzu Henmana, czyli trawiastym pagórku obok kortu nr 1, żeby oglądać na ogromnym telebimie transmisję ze spotkań rozgrywanych na centralnych kortach, na które wstępu nie mają (bilety na nie są droższe i losuje się je osobno). Wczoraj bardzo wielu z fanów, mimo deszczu, chciało obejrzeć na wielkim ekranie spotkanie Murraya z Gimeno-Traverem.

Organizatorzy turnieju uznali jednak, że pozostawienie włączonego telebimu w czasie meczu Murraya będzie „zagrożeniem dla bezpieczeństwa i zdrowia". I bynajmniej nie chodziło o to, że deszcz może spowodować zwarcie elektrycznych kabli. Ekran wyłączono, w obawie, że ludzie będą się przewracać na trawie porastającej pagórek i mogą sobie zrobić krzywdę. - Taka jest niestety natura trawy, że jak pada, robi się śliska - rozkładał ręce rzecznik Wimbledonu.

- To skandal. Jesteśmy w Wimbledonie i jako jedyni ludzie w Wielkiej Brytanii nie możemy obejrzeć meczu Murraya. Gdybym został w domu, mógłbym go zobaczyć. Czy naprawdę o to chodzi? - mówił jeden ze wściekłych fanów, który mimo deszczu był gotowy siedzieć pod parasolem i zobaczyć spotkanie.

Hmmm. Jest już dach nad kortem centralnym. No to może teraz czas na dach nad Wzgórzem Henmana?

Trwa nieragularna relacja z Wimbledonu na żywo na moim Twitterze.

poniedziałek, 20 czerwca 2011
Wimbledon - no to zaczynamy

Agnieszka Radwańska

Za kilkanaście minut zaczyna się 125. edycja Wimbledonu. Czego możemy się spodziewać?

Radwańska - jej losowanie trzeba uznać za dość pechowe. Nie chodzi oczywiście o Ivanović w III rundzie, która jeśli w ogóle dotrze do tej fazy, to w pojedynku z Polką wcale nie będzie faworytką. Agnieszka miała pecha, bo dalej na horyzoncie jest Chinka Na Li, czyli finalistka Australian Open i triumfatorka Rolanda Garrosa. To w tej chwili NAJLEPIEJ, NAJRÓWNIEJ GRAJĄCA tenisistka świata, która umie mobilizować się szczególnie dobrze na Wielkie Szlemy. Li zrobiła wielki postęp w swojej grze pod okiem nowego duńskiego trenera Michaela Mortensena i moim zdaniem jest groźniejsza nawet od Sereny Williams. Bo Amerykanka - która przyznała otwarcie, że po zatorze zmniejszyła się objętość jej płuc - będzie wygrywać mecze serwisem i siłą uderzeń, ale kiedy ta moc ją na jedną choć chwilę opuści, może przegrać, bo po prostu nie dobiegnie do wszystkich piłek.

Losowanie jest pechowe, ale to tylko taka dziennikarska zabawa, że w ogóle je oceniamy. Los Agnieszki spoczywa wyłącznie w jej rękach. Trawa zawsze wyzwalała w niej najlepszą grę i mam nadzieję, że tak będzie także w tym roku. Moim zdaniem jeśli dojdzie do meczu z Li, Agnieszka może powalczyć o zwycięstwo, a potem.... potem zdarzyć może się wszystko (w końcu to sport, a nie fizyka, czy matematyka). Polka zrobiła w tym roku postęp - lepiej serwuje, jest silniejsza. Brakuje tylko trochę agresji i pewności siebie. Ale przed turniejem, gdy zapytałem Agnieszkę, kto może w tym roku wygrać Wimbledon wśród kobiet, odparła: "Każda zawodniczka z pierwszej piętnastki rankingu". I sprawiała wrażenie, że dobrze wie, że mówi także o sobie.

Kubot - ciągle nie udało mi się złapać Łukasza po tym, jak przeszedł eliminacje, więc nie wiem jak się czuje - psychicznie, fizycznie, jak ocenia swoją formę. Gdybym jednak miał spojrzeć na ostatnie tygodnie w wykonaniu Polaka, powiedziałbym, że można pokusić się o optymizm. Łukasz wreszcie uwierzył w siebie. Przejście eliminacji w Paryżu, potem genialne zwycięstwo z Almagro, kolejne z Belrocqiem, III runda, teraz znów przejście eliminacji i to ze świadomością, że ostatni mecz mógł przegrać (bo wchodził jako lucky loser) - to wszystko układa się w ciąg bardzo pozytywnych wydarzeń, potwierdzających moim zdaniem, że Łukasz stał się mocniejszy nie tylko na korcie, ale także jeśli chodzi o psychikę.

Arnaud Clement w I rundzie to rywal utytułowany, ale absolutnie w zasięgu Łukasza, biorąc pod uwagę to, co napisałem powyżej, oraz fakt, że Polak ma lepszą grę na trawę - serwis i atak. Potem może być Karlović lub Tipsarević, czyli znacznie wyższa półka, ale Kubot to też jest już inna półka niż rok temu.  

Turniej mężczyzn - nie odważę się postawić pensa na kogokolwiek, ale zgadzam się z tymi, którzy - jak Bjorn Borg - twierdzą, że zwycięży ktoś z czwórki Nadal, Federer, Djoković, Murray. Jesteśmy w momencie, gdy czołówka męskiego tenisa, bardzo odstaje od reszty i nawet, jeśli komuś powinie się noga, to wykorzysta to ktoś inny z wielkiej czwórki.

Jeśli Federer zagra tak jak w Paryżu, czyli będzie serwował genialnie, atakował i sprawiał wrażenie człowieka, który wie czego chce, to rzeczywiście może wygrać. Ale jeśli w finale przyjedzie mu zagrać z Nadalem? Psychologiczna przewaga Hiszpana będzie miażdżąca. Nadal na trawie gra już niemal tak dobrze jak na mączce.

Czy porażka Djokovicia z Federerem z Paryża odbije się na psychice Serba? Jeśli nie, to nie zapominajmy, kto był w tym roku w najlepszej formie - Djoković właśnie. Najmniej wierzę w Murraya, bo Szkot w kluczowych momentach gra zbyt pasywnie, czeka na błędy, a tak nie da się wygrać Szlema.

Turniej kobiet - nie wierzę w siostry Williams, wierzę w niespodziankę :-)

Isner - Mahut - trzymam kciuki za Francuza. Czytałem, że Nicolas miał przez kilka miesięcy depresję po zeszłorocznym 11-godzinnym maratonie. Bo wmawiał sobie, że przegrał najważniejszy mecz w swoim życiu. Francuz miał też znacznie trudniej od Amerykanina, bo w piątym secie to on za każdym razem serwował jako drugi, żeby "zostać w meczu". To znacznie trudniejsze. Dlatego mam nadzieję, że w tym roku uda mu się wygrać. To byłoby piękne zakończenie tej historii.

Wimbledon 2011 - trwa moja nieregularna relacja na żywo na Twitterze.

 

sobota, 18 czerwca 2011
Typowe angielskie lato w Wimbledonie

W 2009 r. nad kortem centralnym Wimbledonu położono dach. Koszt budowy - 80 mln funtów. I od tego czasu nie padało ani razu. No, może była jedna mżawka w 2009 r., ale tak naprawdę to dach użyto chyba dwukrotnie jedynie po to, żeby dokończyć wieczorne mecze. Bo, poza tym, że chroni przed deszczem, ma też oświetlenie.

W zeszłym roku nie spadła już jednak dosłownie ani jedna kropla deszczu. Pamiętam to zresztą bardzo dobrze, bo jak w Londynie jest słoneczko, to ja na kortach momentalnie spalam się na czerwonego pomidora. I w zeszłym roku w takiego pomidorka się zmieniłem (nie ma nic tak zdradliwego jak londyńskie słoneczko!).

Anglicy zaczynali już żartować, że zaczęło działać coś w stylu dachowej klątwy. Dach nie tyle chronił przed deszczem, co przepędził go znad Londynu raz na zawsze!

Okazało się, że jednak nie. W piątek, gdy przyleciałem, mżyło. Wieczorem wyszedłem, żeby pojechać do centrum i... po przejściu 200 metrów nabyłem parasolkę, bo lało już okrutnie. W nocy trochę przestało, ale dziś, gdy dostałem się na korty przy Church Road (autobusem, bo metro nie kursuje, chyba z powodu strajku, ale nigdzie nie jest to wyjaśnione), znów pojawiły się chmury. Poszedłem na korty treningowe (Aorangi Practice Courts), żeby umówić się na chwilę rozmowy z Agnieszką Radwańską. I przyszedłem akurat w momencie, gdy znów zaczynało padać. Mijali mnie po kolei: siostry Williams z papą, Vika Azarenka, Na Li z mężem i duńskim trenerem, widziałem też Marię Szarapową z chłopakiem - Saszą Vujaciciem. Wszyscy uciekali przed deszczem.

Kilka minut po pojawieniu się pierwszych kropel, główne dwa korty treningowe (zawsze trenują tam m.in. Nadal i Federer) zostały natychmiast przykryte specjalną plandeką. Ochrona trawy przed wilgocią jest niezbędna dla właściwego odbicia piłki -w Wimbledonie nad prognozowaniem pogody, koordynacją zasłaniania kortów pracuje sztab kilkudziesięciu ludzi.

Prognozy na cały pierwszy tydzień są złe. Ma padać. Ale, jak to trafnie podsumował, Guardian: "Typowe angielskie lato wróciło na Wimbledon".

 Wimbledon

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Sierpień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
  1 2 3 4 5 6
7 8 9 10 11 12 13
14 15 16 17 18 19 20
21 22 23 24 25 26 27
28 29 30 31      
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter