Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
poniedziałek, 11 czerwca 2012
Nadal, mistrz prawdziwy

Rafael Nadal

Po dzisiejszym zwycięstwie w finale Rolanda Garrosa ma już Rafael Nadal 11 tytułów wielkoszlemowych. Tyle samo zgromadzili przed laty Rod Laver i Bjoern Borg. Przed Hiszpanem są jedynie Roy Emerson (12), Pete Sampras (14) i Roger Federer (16).

Czy ich dogoni? Ma na to czas. Kilka dni temu skończył 26 lat. Jeśli Novak Djoković nie wróci nagle do formy z poprzedniego sezonu, a chyba się na to nie zanosi, Rafa ma szansę na kolejne tytuły jeszcze w tym sezonie. Tym bardziej, że nie widać za plecami tej dwójki groźnej konkurencji. Roger Federer coraz wyraźniej od liderów odstaje, jeszcze bardziej - Andy Murray. Oczywiście trawa Wimbledonu, a potem twarde korty US Open, mogą w tej hierarchii trochę namieszać, ale czy aż tak bardzo? Wątpię.

Wiele Nadala w tenisowym świecie wyróżnia - genialny top-spinowy forhend, wielka siła fizyczna, i jeszcze większa mentalna. Ma naturę wojownika, który nigdy się nie poddaje. Jest nieziemsko pracowity, poświęca się temu, co robi, w 100 procentach.  

Jest też moim zdaniem ze wszystkich tenisowych gwiazd mistrzem najbardziej prawdziwym, naturalnym i szczerym. Jeśli prześledzić, co mówi o sobie i o rywalach, jak się zachowuje na korcie i poza nim, co go wkurza, a co bawi, to wyłoni się obraz naprawdę porządnego, dobrego człowieka, jeśli można tak górnolotnie powiedzieć. Nie chcę pokazywać palcem, ale wśród gwiazd tenisa (czy sportu w ogóle) jest wiele takich, które częściej grają, udają, pozują. Myślę, że Rafa jest dokładnie taki, jakim go widzimy i słyszymy.

niedziela, 10 czerwca 2012
Maryśka jest OK

Maria Szarapowa

Szarapowa ma często złą prasę - pisze i mówi się o niej wyłącznie jako o najbogatszej kobiecie sportu (25 mln dol. rocznego przychodu) albo o najgłośniej ryczącej tenisistce (ponad 85 decybeli) albo o zarozumiałej, nieprzystępnej, rozkapryszonej gwiazdce, która bardziej jest modelką i celebrytką niż tenisistką.

Wszystkie te stereotypowe opinie są dla Marii bardzo krzywdzące. Rzeczywiście jest bajecznie bogata, i krzyczy na korcie (jako jedna z wielu), faktycznie ma też czasem zawziętą minę. Ale Szarapowa przede wszystkim jest wielką sportsmenką. Jedną z najlepszych tenisistek ostatnich lat.

Wygrywając finał Rolanda Garrosa przeszła do historii jako 10. w historii zawodniczka, której udało się skompletować wszystkie cztery turnieje Wielkiego Szlema. W ostatnich latach dokonały tego jedynie Serena Williams, Steffi Graf, Martina Navratilova i Chris Evert.

Rosjanka ma opinię celebrytki, ale w rzeczywistości jest tytanem pracy. Tego, jak godzinami szlifuje formę na treningach i ile wyrzeczeń ją to kosztuje, po prostu nie widać w kolorowych gazetach i w TV.

Dziś jest gwiazdą wielkiego formatu, ale drogi na szczyt nie miała usłanej różami. Urodziła się na Syberii (rodzice uciekali przed radioaktywną chmurą z Czarnobyla), wyjechała do USA nie znając języka, bez wielkich pieniędzy, w nieznane, jako 9-letnia dziewczynka.

Choć wielu powie, że pomaga jej uroda, to Szarapowa od samego początku, wygrywając w 2004 r. Wimbledon, pokazała, że nie chce iść drogą Anny Kurnikowej. I udowadnia do dziś, że nią nie podąża. Spokojnie mogłaby usiąść już na walizce pieniędzy i nie kiwnąć palcem. Nie robi tak, bo ma ogromną sportową ambicję, a także wolę walki, rywalizacji, wewnętrzną twardość. To właśnie ona pozwoliła jej przezwyciężyć ostatni kryzys, gdy po operacji barku w 2009 r., jej serwis kompletnie się rozsypał. Mozolnie, powoli, mimo krytyki, mimo porażek bolesnych, wróciła na szczyt. Od jutra znów będzie liderką kobiecego tenisa.

Szarapowa nie jest lubiana przez inne tenisistki, które często podkreślają, że się alienuje, odcina, że chodzi z głową w chmurach. Ale przyznam szczerze, że jak czasem słucham, co mówią te inne tenisistki, a potem posłucham, co mówi na konferencji Szarapowa - błyskotliwie, inteligentnie, ciekawie - to wcale jej się nie dziwię.

Maryśka jest OK

czwartek, 07 czerwca 2012
Pięć lat temu w Cardiff

Cardiff 2007

Jutro zaczyna się Euro, a ja na moim biurku w redakcji Gazety” odnalazłem właśnie małą oprawioną w plastik karteczkę z napisem „UEFA Euro 2012 Announcement - Cardiff 17 & 18 April”. To akredytacja, którą miałem przypiętą do ubrania pięć lat temu, gdy Michel Platini w głównej sali ratusza miejskiego w Cardiff wyciągał z koperty słynny napis „Poland & Ukraine”.

W kwietniu 2007 r. zostałem wysłany do Walii na ogłoszenie decyzji, kto zorganizuje mistrzostwa. Pewnie pamiętacie, że mało kto wówczas wierzył, że będziemy to my. Największe szanse dawano Włochom, którzy mieli i stadiony i wsparcie samego Platiniego, byłego gracza Juventusu. Niby mówiło się, że wpływowy szef ukraińskiej federacji Hrihorij Surkis wszystko załatwi”, ale tak naprawdę mało kto traktował to poważnie. Kiedy na dworcu kolejowym w Cardiff wysiadałem z pociągu, też myślałem, że za dwa dni będę pisał niezbyt długi tekst pod hasłem „nie wyszło, jak zwykle”.

Zresztą już samo to, że pojechałem ja, specjalista od tenisa i biatlonu, a nie Robert Błoński, Darek Wołowski, czy Rafał Stec, czyli nasi główni eksperci piłkarscy dowodził, że u nas w redakcji też nie za bardzo w to Euro wierzono.

Ale nie tylko u nas. Pamiętam, że do Cardiff przyjechało mało polskich dziennikarzy. Byłem ja, Stefan Szczepłek z Rzeczpospolitej”, radiowcy z Zetki, RMF, chyba dwie osoby z „Przeglądu Sportowego”, jedna kamera z Polsatu, chyba TVN, no i TVP (dla porównania na niedawnym zgrupowaniu reprezentacji Polski w Lienzu stawiło się ponad 100 osób).

Przed samym ogłoszeniem decyzji napisałem z Cardiff kilka relacji. W necie znalazłem dziś m.in. moją rozmówkę ze Śp. Włodzimierzem Smolarkiem, który mówił przez telefon, że w samolocie, lecąc do Cardiff, będzie jeszcze przekonywał szefa holenderskiej federacji, żeby głosował na nas. Pamiętam, że z hotelu w Cardiff dzwoniłem do Michała Nykowskiego, mojego głównego informatora z tamtych dni, który był szefem projektu Euro 2012.

Pamiętam, że dzień przed ogłoszeniem decyzji przyjechał Jerzy Dudek i Andrij Szewczenko, którzy potem w trakcie prezentacji przekonywali, by głosować na nasze kandydatury. Tego dnia, 17 kwietnia 2007 r., napisałem ten tekst. Na pierwszej stronie Gazety” z 18 kwietnia nie było jednak ani jednej wzmianki o głosowaniu nad Euro. Tego samego dnia urodziny obchodził Tadeusz Mazowiecki, i jego jubileusz zajął całą jedynkę”.

Wieczorem poszedłem z kolegami z innych redakcji na Guinnessa do pubu. I przyznam szczerze, że głównie utwierdzaliśmy się nawzajem w przekonaniu, że jutro to się raczej nie napracujemy.

18 kwietnia przyleciał prezydent Lech Kaczyński, Wiktor Juszczenko oraz  pierwszy prezydent niepodległej Ukrainy Leonid Krawczuk.

Podczas ogłaszania decyzji stałem gdzieś na samym końcu sali. Kiedy Platini wyciągnął kartkę, oniemiałem, stałem jak zamrożony, otrzeźwiło mnie dopiero, gdy podbiegł do mnie jakiś inny dziennikarz (nie pamiętam, który) i rzucił mi się w ramiona, wrzeszcząc „Wyyygraliiiśmy” :-) Dopiero na powtórkach widziałem potem eksplozję radości naszych oficjeli, podskakującą do góry Irenę Szewińską i ministra Tomasza Lipca.

Koledzy w redakcji opowiadali mi potem, że Darek Wołowski, kiedy zobaczył, że wygraliśmy, powiedział No, to Ciastoń ma teraz przerąbane”.

Ale aż tak bardzo przerąbane” nie miałem. Wysłałem z Walii dwa euforyczne teksty, więcej się nie dało, bo członkowie polskiej delegacji szybko wsiedli do samolotu i zniknęli, zresztą nie mówili nic poza Sukces!, Cudownie!, Wspaniale!”. O Euro 19 kwietnia i tak była wtedy cała Gazeta”, w pracę zaangażowali się wszyscy od działu sportowego po gospodarkę i zagranicę. A pierwsza strona była dwujęzyczna, także po ukraińsku.

Nie wiem, jak będzie wyglądała czołówka „Gazety” 9 czerwca po meczu z Grecją, ale cieszę się, że usiądę jutro na Stadionie Narodowym, choć wciąż jestem głównie specjalistą od tenisa i biatlonu :-) Na pewno się przydam, a może, tak jak 18 kwietnia 2007 r., przyniosę szczęście.

Tagi: euro 2012
12:35, mastaar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 05 czerwca 2012
Poco Gigante

Sara Errani

Po niesamowitym zwycięstwie Sarry Errani i jej awansie do półfinału Rolanda Garrosa, wszedłem na jej stronę internetową. I znalazłem cytat, który bardzo mi się spodobał, bo chyba najlepiej oddaje istotę jej tenisa:

„What makes the difference in her game, are not so much the technical aspects. It is that tiny little thing that beats in your chest, that makes you feel alive, that speeds up when you are excited, that jumps in your mouth when crucial moment has arrived, taht makes the difference between the lion and the coward. THE HEART.”

Czyli serducho, serducho do walki, do biegania, do przebijania. Nie forhend jak armata, ale serce. To w sporcie jest przecież najpiękniejsze. Uwielbiam takie historie, jak historia Errani z tegorocznego Rolanda Garrosa.

Autorem tych słów o sercu jest Roberto Commentucci, o ile dobrze zrozumiałem, włoski komentator tenisa.

O półfinale Errani można mówić jako o niespodziance, kolejnym dowodzie na słabość i chaos na szczycie kobiecego tenisa, bo faworytki odpadły (wśród nich Radwańska, Kuzniecowa, Ivanović, tak, tak, to jest właśnie ta sama ćwiartka!). Ale trzeba też docenić to, czego Włoszka dokonała. W drodze do półfinału pokonywała rywalki bardziej utytułowane, doświadczone, silniejsze, wyższe czasem o kilkanaście centymetrów (ona sama ma 164 cm).

Przeczytałem na tej samej stronie internetowej notkę biograficzną Włoszki - w ojczyźnie długo niedocenianej, w którą nikt przez lata nie wierzył, bo za niska”, za słabe warunki fizyczne”, są lepsze od niej” itd. Żeby móc dalej realizować swój plan, wyjechała do Hiszpanii. I w 2008 r. po zwycięstwie w turnieju w Portorożu powiedziała ... I want to dedicate this victory to all the Italians that never believed in me as a tennis player, and always said I would never go anywhere." Czyli zadedykowała triumf wszystkim tym niedowiarkom w Italii.

Pamiętam też, gdy parę lat temu w Wimbledonie Radwańska miała grać z Errani. Razem z innymi polskimi dziennikarzami przyszliśmy do Roberta Radwańskiego. My oczywiście, że będzie łatwo, dobre losowanie, i właściwie, to co dalej”. A on odparł wtedy obruszony: - Zaraz, zaraz! Errani to jest bardzo dobra tenisistka. Ten mecz jeszcze nie jest wygrany.

Agnieszka wtedy wygrała, po dość zaciętym, trudnym meczu. Na długo o Errani zapomniałem. Aż przyszedł Roland Garros 2012. Po jego zakończeniu Sara może już wpisać do tenisowego CV wielkoszlemowy półfinał (co najmniej!). Radwańska wciąż tylko ćwierćfinały.

Na Włoszkę mówią Poco Gigante, czyli Mały Olbrzym. Słusznie mówią.

Jak to się wszystko skończy?

Sam Stosur

U kobiet trzęsienie ziemi, jak zwykle.

Serena Williams odpadła w I rundzie, nie ma już w Paryżu Azarenki, Radwańskiej, Li i wielu innych mniejszych lub większych faworytek, na które stawiali fachowcy i bukmacherzy.

W ćwierćfinałach zobaczymy za to Włoszkę Sarę Errani, 164 cm wzrostu, przezywaną Poco Gigante”, czyli Kieszonkowym Olbrzymem”, specjalistkę od gry na mączce, ale dotąd raczej w małych turniejach. Zobaczymy niższą od niej o 5 cm Słowaczkę Dominikę Cibulkovą, która w Paryżu już kiedyś zagrała w półfinale, bo choć jest niska, to biega po korcie jak nabuzowany elektronik. Jest też nieobliczalna Estonka Kaia Kanepi uderzająca z prawa i lewa z siłą młota pneumatycznego. No i Jarka Szwedowa w swoich okularkach a’la Janko Tipsarević, atakująca, nieobliczalna, była podopieczna Tomasza Iwańskiego.

Mimo paryskiego trzęsienia ziemi mamy też jednak w ćwierćfinałach zachowaną pewną dozę porządku, bo znalazły się w nich też cztery tenisistki z pierwszej dziesiątki. Mówiąca po polsku i rozwijająca się niesamowicie szybko Niemka Andżelika Kerber (nr 10) z lewą ręką jak granat przeciwpancerny. Jest mistrzyni US Open Australijka Samantha Stosur (6) z muskulaturą jak z filmu o gladiatorach i zdobywczyni tytułu w Wimbledonie Czeszka Petra Kvitova (4). Jeśli o lewej ręce Kerber powiedzieliśmy granat”, to tej musimy chyba ładunek nuklearny”. O półfinał zawalczy też Maria Szarapowa (2), dla której każda wymiana trwająca dłużej niż trzy odbicia to wieczność, i która próbuje w Paryżu zdobyć brakujący do kolekcji Szlem.

Los chciał, że w ćwierćfinałach te niżej notowane, mniej spodziewane w tej fazie turnieju tenisistki, zmierzą się z tymi z Top 10. Cibulkova ze Stosur, Errani z Kerber, Szwedowa z Kvitovą i Kanepi z Szarapową.

Moim zdaniem w żadnym z tych meczów nie ma wyraźnej faworytki.

Szarapowa teoretycznie nią jest, ale z Kanepi nie grała dotąd ani razu. A w poprzedniej rundzie z Czeszką Klarą Zakopalovą zobaczyliśmy znów starą wersję Rosjanki - fatalnie serwującą, pudłującą na potęgę, bez planu B. Z drugiej strony, Estonka to jednak nieco inny styl niż Czeszka, będzie walić z całej siły. Szarapowa tak lubi, bo sama wali jeszcze mocniej.

Kvitova teoretycznie powinna Szwedową zdmuchnąć z kortu, ale Czeszka tyle razu pokazała już, że po meczu dobrnym, może nagle się zdenerwować, zdekoncentrować i przestać trafiać w kort, że stawianie na nią to ryzyko spore. Szwedowa ma się czym bronić, a potem przyłożyć, pytanie tylko, czy i ona się nie zestresuje.

W meczu Cibulkova - Stosur postawiłbym na Australijkę, której forhendy będzie jednak bardzo trudno dogonić. Dużo zależy od pogody, bo im szybszy kort, tym gorzej dla Słowaczki. Im wolniejsze warunki, tym więcej piłek doścignie Cibulkova.

W starciu Errani - Kerber będzie chodziło właściwie o to samo. Jeśli silniejsza, lepiej serwująca Niemka wstrzeli się w kort, powinna wygrać. Włoszka może zwyciężyć tylko bieganiem i zawziętością. Im bardziej wilgotno, tym lepiej dla niej.

Na dziś, najbardziej realny wydaje mi się finał Stosur - Szarapowa.

Ale to jest kobiecy tenis. Na pewno nigdy nic nie wiadomo.

piątek, 01 czerwca 2012
I po Radwańskiej

Agnieszka Radwańska

Pisałem, że trudne losowanie. I miałem rację. Mimo zwycięstwa z Venus Williams, za Amerykanką wciąż czaiły się rywalki trudne, takie jak Kuzniecowa właśnie.

Przed pojedynkiem z Rosjanką i ja wierzyłem jednak, że może być dobrze, bo rywalka to cień siebie sprzed lat, ostatnio grała słabo, w tym roku osiągnęła jeden półfinał w dalekiej Nowej Zelandii.

Okazało się jednak, że Swieta nie zapomniała jak grać z Agnieszką, i jak ją pokonać. To my zapomnieliśmy trochę, że to jest jednak ta sama najcięższa liga siłowego tenisa, co Szarapowa, Azarenka, Serena Williams. Agnieszka, delikatna, reprezentująca zupełnie inny styl, wygrywa mecze z takimi rywalkami rzadko, pod warunkiem, że sama gra doskonale, a one trochę pomogą. Dziś tak się nie stało, bo i Swieta zagrała świetnie, i Agnieszka przeciętnie. Znaczenie miało też to, że mecz odbył się w Paryżu, na wolnym korcie, gdzie siła uderzeń Kuzniecowej bolała podwójnie. Agnieszka nie miała „z czego” ich kontrować, zupełnie inaczej mogłoby być na hardkorcie. Znaczenie miało też pewnie to, że Agnieszka podświadomie czuła, że musi wygrać, bo jest faworytką. Z Venus tak nie było. Psychika też miała pewnie znaczenie.  

Szkoda. Ale to nie koniec świata. Będzie jeszcze Wimbledon, igrzyska i pewnie z 20 innych Szlemów. Kiedyś się w końcu uda, choć raczej nie w Paryżu.

wtorek, 29 maja 2012
Dawajcie Federera. Dla Kubota

Roger Federer

Ale się porobiło. Fajnie porobiło. Potencjalnie fajnie.

Florent Serra (ATP 156), David Goffin (ATP 109), Arnauld Clement (ATP 139) - tylko tych trzech tenisistów, a właściwie tylko dwóch z tej trójki, stoi w Paryżu pomiędzy Łukaszem Kubotem a Rogerem Federerem.

Jeśli Kubot (ATP 49) wygra w II rundzie z Serrą, a potem pokona zwycięzcę pojedynku Goffin - Clement, to w IV rundzie może dojść do superatrakcyjnego meczu ze Szwajcarem, bo nie zakładam, że Roger się potknie.

Oczywiście droga do tego jeszcze daleka, Serra będzie ciężkim przeciwnikiem, o czym sam Kubot mówił na konferencji prasowej, a potem trzeba wygrać jeszcze jeden mecz. Ale umówmy się, że drabinka przed Kubotem aż do Federera raczej się otworzyła niż zamknęła. Odpadł rozstawiony Stepanek i Lopez, na horyzoncie nie widać rywali nie do pokonania dla gracza z Top 50.

O szansach Kubota z Federerem nie chcę mówić. To w zasadzie zresztą mało ważne. Fajnie byłoby po prostu, żeby polski tenisista choć raz zmierzył się ze Szwajcarem, przez wielu uważanych za gracza wszech czasów. Na razie, o ile pamięć mnie nie myli, raz na igrzyskach w Atenach grali przeciwko niemu w deblu jedynie Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski.

Na konferencji prasowej pewnie Roger zostałby  o Kubota zapytany, ciekawe, co by odpowiedział. Ciekawe, co powiedziałby po meczu, jeśli zobaczyłby, że ktoś przeciwko niemu spróbuje zagrać serve & volley. A może na korcie zdarzyłoby się coś nieoczekiwanego? Fajnie by było, gdyby doszło do tego meczu. Tak tylko sobie myślę.

poniedziałek, 28 maja 2012
Nadal vs. Borg, Djoković vs. Laver

Rafael Nadal

Wczoraj było o kobietach, dziś mężczyźni.

Zaczynając od końca, nie wierzę w Andy’ego Murray’a. Szkot na czerwonej mączce grał ostatnio słabo, przegrywał przed półfinałami w Monte Carlo, Barcelonie i Rzymie. Dał się pokonać Berdychowi, Raonicowi i Gasquetowi. Jak miałby w takiej formie stawić czoła jeszcze lepszym, czyli Nadalowi, Djokoviciowi i Federerowi? Moim zdaniem nie ma na to najmniejszych szans, tym bardziej, że wylosował Murray wyjątkowo paskudnie - ma w ćwiartce Ferrera (większość fachowców i blogerów jego widzi w półfinale z tej ćwiartki), Isnera, Gasqueta i Tomica. Murray chyba znów skręcił w ślepą uliczką, myślę, że po Wimbledonie jego współpraca z Ivanem Lendlem może się z hukiem skończyć. Problemem Szkota od zawsze było zatracanie się w przesadnej defensywie, zapominanie o ofensywie. I pod kierownictwem czesko-amerykańskiego coacha brnie w tym kierunku jeszcze bardziej. Oczywiście są dwie szkoły - jak z Karoliną Woźniacką - można próbować coś zmieniać, albo trzymać się tego, co jest OK. W przypadku Szkota, odwrotnie niż u Dunki, chyba lepiej jednak próbować coś zmienić i atakować.

Roger Federer wielkim tenisistą jest i basta, ale w tym roku w Paryżu nie wygra. Nie dlatego, że poległ niedawno z Djokoviciem w Rzymie, co teoretycznie pokazało jego miejsce w szyku jako numer trzy na kortach ziemnych. To akurat może być zwodnicze, bo Rzym to bardzo wolny kort, a Paryż szybki, czyli coś pośredniego między Madrytem, gdzie Federer triumfował, a stolicą Włoch. Szybki kort ziemny to coś, co Federerowi pasuje najbardziej. Moim zdaniem powtórka z zeszłego roku, czyli Federer wygrywający w półfinale z Djokoviciem wciąż jest możliwa. Szwajcar, o ile jego tenis nie będzie rozchwiany jak galareta, może Serba pokonać. Z drugiej strony, jeśli galareta się pojawi, to Roger musi uważać już wcześniej, bo ma w ćwiartce takich graczy jak Del Potro i Berdych. Nie wyobrażam sobie jednak, jak Federer miałby wygrać w Paryżu finał z Nadalem. Hiszpan umie z nim zwyciężać jak nikt inny, a zwłaszcza w stolicy Francji. Forhend Nadala versus bekhend Federera równa się porażka Szwajcara.

Djoković ma ogromną motywację, bo walczy o czwarty tytuł wielkoszlemowy z rzędu. Po raz ostatni w męskim tenisie wszystkie cztery trofea w ręku trzymał w 1969 r. Rod Laver. Doścignięcie wielkiego Australijczyka będzie jednak piekielnie trudne. O nieobliczalnym Federerze już pisałem, ale wcześniej Serb też musi uważać, bo ma wokół siebie równie nieobliczalnych Verdasco i Tsongę. Jeśli przez wszystkie te zasieki przebrnie, to i tak nie widzę, jak miałby pokonać Nadala. Jedyną okazję do skompletowania nieklasycznego Szlema miał pewnie w zeszłym roku, gdy był w genialnej formie, a jego głowa była twarda jak kamień. Pech jednak chciał, że przez trzy dni w Paryżu padało, Serba wybiło to z rytmu, a Federer zagrał w półfinale genialnie i Djoković nie miał okazji zmierzyć się z Nadalem. Gdyby miał, pewnie by go pokonał, bo dominował wtedy nad Hiszpanem. W tym roku raczej nie da rady. Przegrane w dwóch setach z Nadalem finały w Monte Carlo i Rzymie pokazały najdobitniej, że zeszłorocznego Djokovicia już nie ma. Broni się dobrze, ale nie umie Hiszpana skontrować, tak jak robił to w zeszłym roku. Nie umie też trzymać na wodzy nerwów, tak jak w 2011 r.

Nadal na siódmy sukces w Paryżu i pobicie rekordu Bjoerna Borga jest więc raczej skazany, ale wszystkich tych, którzy myślą, że łatwo się gra, gdy od początku świat oczekuje twojego zwycięstwa, zapewniam, że tak nie jest. Wyobraźcie sobie, że robicie coś dobrze, ale czeka was trudna próba w tym „czymś”, i każdy wam powtarza, że „uda się”, „bułka z masłem”, „no co to dla ciebie”. Łatwo? Przyjemnie? Nie dziwcie się więc, gdy Rafa mówi, że „wygrać może każdy”. Może powiedziałby coś innego, ale jest dobrze wychowany. 

niedziela, 27 maja 2012
Komu Roland Garros, komu...

Maria Szarapowa i Na Li

"Blog tenisowy" wznawia działalność po nieco przesadnie długim internetowym urlopie tacierzyńskim. Ale, jak wiadomo, początki w szkoleniu przyszłej mistrzyni Rolanda Garrosa i Wimbledonu, są najważniejsze, a już absolutnie kluczowe są pierwsze miesiące, gdy prawidłowo trzymana grzechotka kształtuje nawyki bekhendowo-forhendowe :-) To żart oczywiście. Moja córka raczej nie zostanie tenisistką, no chyba, że będzie bardzo chciała. 

W Paryżu mnie w tym roku nie będzie, dla Sport.pl napisze dla nas zaprzyjaźniony dziennikarz Adam Romer z Tenisklubu, ja będę wspomagać go ze studia w Warszawie.

Na początek o moich typach w kobiecym turnieju.

Mimo wszystko, nie wierzę w Serenę Williams. Amerykanka imponowała ostatnio świetną grą, wygrała na nietypowych nawierzchniach w Charleston i Madrycie, z Rzymu wycofała się z powodu lekkiej kontuzji. Stawiają na nią bukmacherzy i fachowcy, zwłaszcza ci amerykańscy. Ale młodsza z sióstr Williams po raz ostatni przeszła w Paryżu ćwierćfinał w 2003 r.! Wystarczy jeden zły dzień serwisowy, czyli taki, gdy Amerykankę przestanie wspomagać mocne podanie i może przegrać. Bez serwisu Williams będzie musiała bowiem więcej biegać, a wtedy zacznie się mylić i ktoś wystarczająco szybki i mocny mentalnie może ją pokonać.

Jeśli Williams odpadnie przed ćwierćfinałem, dałbym największe szansne na zwycięstwo Marii Szarapowej, która moim zdaniem prezentuje ostatnio najrówniejszą formę i zaskakująco dobrze spisuje się na czerwonej mączce. Jest tylko jeden szkopuł - Serena może zmierzyć się z Marią w ćwierćfinale. Jeśli doszłoby do takiego meczu, postawię na Serenę, bo jest mocniejsza psychicznie, a co by nie mówić o Szarapowej, to na pewno nie to, że zabiega rywalkę.

Myślę, że zaskoczyć może nas ktoś z pary Na Li - Samantha Stosur, czyli tenisistek nieco zapomnianych, które jednak w ostatnich latach pokazały, że świetnie czują mączkę w Paryżu. I - co ważne - umieją się koncentrować na Szlemy.

Radwańska? Ma fatalne losowanie. Bo, poza tą nieszczęsną Venus w II rundzie, która na świeżości będzie okrutnie groźna, dalej też nie jest wesoło - Kuzniecowa, Ivanović, Kerber... To jest bardzo trudna ćwiartka. Myślę, że ten pierwszy półfinał Szlema to może być jeszcze nie tym razem, choć, jak wiadomo, Agnieszka lubi zaskakiwać, a pozycja underdoga, a taką właściwie trochę ma po takim losowaniu, będzie dla niej wygodniejsza niż presja, że ćwierćfinał ma już w kieszeni.

Azarenka to dla mnie kompletna niewiadoma. Ciągle nie wiem, co o niej myśleć na czerwonej mączce. Sposób, w jaki przegrała w Madrycie z Sereną, a wcześniej w Stuttgarcie z Szarapową, pokazał, że niespodziewanie łatwo można zburzyć u niej pewność uderzeń. Nie zdziwię się ani jeśli odpadnie nagle w 1/8 finału, ani jeśli wygra, pod warunkiem, że w finale nie będzie Sereny lub Szarapowej.

Nie wierzę w Woźniacką (Rory, coś ty z nią zrobił?) ani w Schavione, Goerges, Bartoli i... Kvitovą (ale więcej nie napiszę, żeby nie zapeszyć Urszuli Radwańskiej). Myślę, że niespodzianki mogą sprawić Kerber, Barthel, Safarova.  

Generalnie, kobiecy turniej znów jest bardzo otwarty. Ale to nie nowość. Od kilku lat jest tak samo.

czwartek, 01 września 2011
O porażce Radwańskiej słów kilka

Agnieszka Radwańska

Dlaczego dobrze grała w Carlsbadzie, Toronto, a na US Open po raz trzeci z rzędu odpadła w II rundzie?

Myślę, że jednak fundamentalne znaczenie u Agnieszki ma psychika. Naprawdę wielkie zwycięstwa, jak te ze Zwonariową i Petkovic z ostatnich tygodni, odnosiła grając z lekką kontuzją barku, w turniejach, gdzie nikt wielkiego wyniku od niej nie oczekiwał, i w meczach, w których nie była faworytką (umówmy się, że z Petkovic też nie była). 

Wydaje mi się, że do super gry Agnieszki, takiej jak z finału w Carsbadzie, potrzebny jest jednak 100-procentowy luz psychiczny. Wtedy go miała, bo na ramieniu był ogromny opatrunek usprawiedliwiający w razie czego porażkę, po drugiej stronie siatki była Zwonariowa, z którą przegrać to żaden wstyd. Punkty obronione, tata przestał marudzić, bo wyjechał, jest cool, gram do przodu, atakuję, ryzykuję, wygrywam.

Ale potem przychodzi US Open, Szlem, pojawia się presja, że w Szlemie trzeba zagrać dobrze, bo to przecież jest najważniejsze, na niego wszyscy się spinają. W pierwszych rundach same teoretycznie łatwe rywalki, ale jednak niezwykle wymagające - jak np. Kerber, która moim zdaniem zagrała świetnie (choć Agnieszka uważa, że nie). Pojawiają się dziennikarze, media piszą, analizują, SMS-ują ludzie z Polski: „Dajesz Aga, lejesz ją" itd. Gdzieś tam z tyłu głowy pojawia się też być może myśl „co powie tata", przecież toczy się między nimi coś w stylu psychologicznego pojedynku.

Zaczyna się mecz, Kerber gra agresywnie, ostro, mocno, Agnieszka próbuje wytrzymać wymiany, ale nie daje rady. I jest klops, bo Agnieszka w takim momencie, w Szlemie, z całą tą presją, nie umie zagrać bardziej ofensywnie. Cały czas gra bezpieczny tenis na przebicie i czeka na błędy.

Zwóćcie uwagę, że największe sukcesy Agnieszki to sukcesy zdobywane z pozycji underdoga - ćwierćfinały Szlema zbudowane na niespodziankach, także tegoroczny Australian Open, gdy pojechała do Melbourne tuż po operacji stopy. Nikt na nią nie stawiał, nikt niczego nie oczekiwał. A pamiętacie Pekin 2009? Agnieszka osiągnęła swój największy sukces w karierze dochodząc do finału Premier Mandatory, grając z bardzo poważną kontuzją ręki. To niemal ta sama sytuacja, tylko w Melbourne było po interwencji chirurga, a w Pekinie jeszcze przed.

To co piszę, nie jest oczywiście odkrywaniem Ameryki, bo wiadomo nie od dawna, że w tenisie, czy w sporcie w ogóle, bycie underdogiem jest łatwiejsze (vide Kerber), niż bronienie tytułów i wysokich miejsc w rankingach (vide Kvitova, Li, Cibulkova itd.).

Pisałem po Wimbledonie, że Agnieszkę zadowala to, co już ma, że mogłaby ciężej pracować i podtrzymuję to, bo rzeczywiście mogłaby przykładać większą wagę do różnych rzeczy i pracować nad sobą, także nad mentalną stroną (ale może nie z ojcem wysyłającym ją do psychiatryka). 

Dziś chciałem zwrócić uwagę na tzw. drugą stronę medalu.

Otóż, Agnieszce jest trudno także dlatego, że jest sama. Gdybyśmy w Szlemie mieli siedmiu tenisistów, w tym pięć dziewczyn, jak Niemcy, Francuzi, czy Czesi, ta presja na Agnieszce nie byłaby taka silna. Siedmiu tenisistów nie mamy z wiadomych względów - Radwańska to samorodek złota, oszlifowany przez ojca, który trafił się na tenisowej pustyni jaką jest Polska (dyscyplinę uprawia czynnie może z 10 tys. ludzi?, a na kanapie przed telewizorem siada góra 300 tys. - na finałach Szlema).

Krytykowanie Agnieszki za pasywną grę (co sam robię, bo trzeba) jest łatwe, wieszanie na niej psów w internecie po kolejnej porażce też (tego już nie robię). Ale czy na większą krytykę, ostre komentarze nie zasługuje Marta Domachowska albo Jerzy Janowicz, którzy do Szlemów w ogóle się nie kwalifikują? Tabuny polskich zawodników odpadających w I rundach eliminacji challengera w Sopocie, czy Poznaniu. Albo debliści F&M, którzy od kilka lat drepczą w miejscu w sensie sportowym? Oni wszyscy są kilka poziomów niżej niż Radwańska, ale to ona jak piorunochron ściąga gromy, bo w telewizji i gazetach, jak jest mowa o tenisie, tylko ona się po prostu mieści. Czy ktoś relacjonuje poziom pasywności tenisa w mistrzostwach Polski? Nie popadajmy w takie bezmyślne mainstreamowe szaleństwo.

Czy któraś stacja telewizyjna wpadła kiedyś na pomysł, żeby zamiast nagrywać eksperta krytykującego serwis Radwańskiej, nagrać wypowiedź prezesa Polskiego Związku Tenisowego i zadać mu pytanie: „Jak pan wykorzystuje najlepszy marketingowo moment w historii polskiego tenisa, żeby nie umarł znów na 30 lat, gdy Agnieszka Radwańska przestanie już grać?".

PS. Ja obiecuję, że na pewno zadam niedługo takie pytanie.

1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter