poniedziałek, 23 listopada 2009
Nadal wolny jak żółw
Oglądałem dziś w telewizji jednym okiem mecz Nadala z Soderlingiem na Masters. Był to chyba pierwszy mecz Nadala jaki widziałem od US Open. Hiszpan jest w zadziwiająco słabej formie. W porównaniu z tym jak grał w styczniu w Australii, czy później na mączce aż do feralnego finału w Madrycie z Federerem, to jest kolosalna zmiana na minus. Mecz w ogóle był brzydki, ale o ile do topornych płaskich petard Soderlinga zdążyłem się już przyzwyczaić, to do tak wolno poruszającego się po korcie Nadala nie przyzwyczaję się chyba nigdy. Rafa wygląda jak cień samego siebie z początku roku. Hiszpan Masters chyba może spisać już na straty - nie wierzę, by w takiej formie mógł rywalizować z Djokoviciem, a nawet z Dawidienką może mieć kłopoty. Ciekawy jestem co będzie dalej. Czy przerwa zimowa pozwoli Nadalowi wrócić do dawnej formy fizycznej? Czy to przez kontuzję kolan sprzed kilku miesięcy jest dziś tak słaby? A może ma na to wpływ coś innego?
niedziela, 22 listopada 2009
Brawo Mariusz, brawo Marcin! Świetny początek Masters
Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski wygrali właśnie z Kanadyjczykiem Danielem Nestorem i Serbem Nenadem Zimonjiciem w pierwszym meczu grupowym turnieju Masters w Londynie. Polacy w godzinę i cztery minuty pokonali 6:4, 6:4 najlepszą parę deblową świata, rozstawioną w Londynie z jedynką, która broniła tytułu i była uważana za głównych faworytów do zwycięstwa przez bukmacherów i fachowców. W ciągu ostatnich dwóch lat Mariusz i Marcin pokonali Nestora i Zimonjicia tylko raz - na turnieju z Serii Masters w Madrycie. Tak wtedy, jak i teraz, zagrali niemal idealny mecz. Dziś bardzo dobrze obaj serwowali (wygrali 86 procent piłek po pierwszym podaniu, do tego mieli 8 asów), ale też świetnie returnowali (28 proc. wygranych po I i 40 proc. po II serwisie rywali, do tego sześć szans na przełamanie, dwie wykorzystane). Obaj kilka razy błysnęli przy siatce, a o ile dobrze pamiętam, wygrali też wszystkie powtórki Hawk-Eye. Zwycięstwo oznacza, że z roli chłopców do bicia w grupie śmierci, na jaką byli spisywani Polacy po losowaniu, nagle stali się poważnymi kandydatami na półfinał. Bhupathi i Knowles oraz Cermak i Mertinak są na pewno do pokonania, o ile Polacy zagrają na poziomie z pierwszego meczu. Najważniejsze dla nie jest jednak to, że takiego mocnego akcentu mi w tym sezonie u F&M brakowało. Poza Australian Open, fatalnie spisywali się w najbardziej prestiżowych turniejach wielkoszlemowych. Do czasem wygranych tu i tam mniejszych turniejów, finałów, pęczniejących kont bankowych, czy okazyjnych zwycięstw z braćmi Bryanami, zdążyłem się już przyzwyczaić. Brakowało mi czegoś, co spowodowałoby, że kibice czytający wyniki w internecie, wydobyli by z siebie coś na kształt „Woooow”. Wygranie z numerem jeden w meczu otwierającym Masters to jest właśnie to „Woooow”, na które tak długo w tym roku czekałem. Good job! I czekam na więcej! Poza grą Mariusza i Marcina duże wrażenie zrobiła na mnie atmosfera w hali O2 Arena. Widzów na deblu było zdecydowanie więcej niż w poprzednich latach Szanghaju. Ciekawy jest też pomysł z aranżacją oświetlenia i ciemnymi trybunami. Czekam na wpis chłopaków na blogu po tym meczu i relację naszego korespondenta z Londynu, która wkrótce pojawi się na naszym serwisie. Żółtą kartkę otrzymuje Polsat, który choć ma prawa do relacji z WTF, to nie pokazał meczu nawet w Polsacie Sport Extra. Na szczęście deblowe mecze można oglądać za darmo w internecie.
czwartek, 19 listopada 2009
Masters tuż, tuż...
Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski mieli pecha, bo wylosowali zdecydowanie trudniejszych rywali od Łukasza Kubota. W grupie A mają m.in. Nestora i Zimonjicia oraz Bhupathiego i Knowlesa, którzy do tej pory byli raczej poza ich zasięgiem. Czesko-słowacki duet Cermak-Mertinak (ale się chłopaki dobrały nazwiskami :-) to duża niewiadoma, bo debiutują, ale nawet jedno zwycięstwo może nie wystarczyć Polakom do półfinału. Kubot z Oliverem Marachem maja trochę łatwiej, bo Bryanowie ostatnio jacyś tacy niewyraźni, Mirnyi z Ramem to jeszcze nie jest taka maszynka do wygrywania jak kiedyś Mirnyi z Bjorkmanem, a Paes z Dlouhym to też jest debel, który można jakoś zaskoczyć, szczególnie po jego czeskiej stronie. W środę rozmawiałem telefonicznie z Mariuszem i nie wiem jak to się stało, ale otworzyłem w internecie stronę z podziałem grup, gdzie był błąd polegający na tym, że Frytka i Matka byli tam, gdzie w rzeczywistości był Kubot, czyli z Bryanami itd... Mariusz nie znał jeszcze składu grup, dowiedział się ode mnie i mówił, że „to bardzo dobre losowanie!”. Niestety potem musiałem mu wysyłać SMS-y, że to była jakaś pomyłka i komentował losowanie... Kubota. Mariusz powiedział m.in., że jego zdaniem znaczenie może mieć to, że pary, które są na Masters po raz pierwszy, nie za bardzo wiedzą, czego się spodziewać. Łukasz, Oliver i Czechosłowacy będą mieli trudniej niż starzy wyjadacze. Coś w tym jest, ale nie wiem, czy jednak w nowej sytuacji nie będą wszyscy. W końcu Masters przeniósł się z Szanghaju do O2 Arena w Londynie. W „Przeglądzie Sportowym” można było w środę przeczytać bardzo ciekawy wywiad z Łukaszem Kubotem (mi nie udało się na razie z nim skontaktować). Bartek Gębicz rozmawiał głównie o awansie do setki singla (i słusznie, bo mimo wszystko to jest chyba największe wydarzenie roku w naszym męskim tenisie). Najciekawsze było oczywiście to, że ATP zabroniła mu jechać na challengera do Bratysławy, żeby pojawił się w Londynie na wszystkich oficjalnych pierdułkach. Łukaszowi zależało na grze w tym tygodniu, bo za chwilę straci w singlu ponad 40 pkt. za zeszłoroczny ćwierćfinał dużego challengera w Helsinkach i może zmów wypaść z setki i nie zagrać w Australian Open w głównej drabince. Mam nadzieję, że Łukasz w setce jednak zostanie. Przy okazji Masters pamiętajcie też o blogu Mariusza i Marcina, gdzie obiecali publikować regularne wpisy z wieściami zza kulis i pomeczowe refleksje. Piszą m.in., gdzie za darmo w internecie można obejrzeć relację na żywo (co może być wiadomością kluczową, bo strona internetowa Polsatu Sport Extra póki co twierdzi, że zaczynający się w niedzielę turniej, będzie transmitować od poniedziałku). A tak w ogóle, zastanawialiście się co to za idiotyczna nazwa World Tour Finals. Myślę, że skrót WTF dobrze oddaje co twórca miał na myśli :-) Ja tam zostaję przy Masters!
niedziela, 08 listopada 2009
Radwańska kończy rok w TOP 10
Obudziłem się dziś z koszmarnym przeświadczeniem, że przebywająca na urlopie Agnieszka Radwańska wypadła z pierwszej dziesiątki na świecie. Ubzdurałem sobie bowiem, że Francuzka Marion Bartoli może wyprzedzić Agnieszkę w rankingu nie tylko jeśli wygra turniej na wyspie Bali, ale wystarczy, że dojdzie tam do finału. Ten koszmar wbił się do mojej głowy jeszcze w piątek, gdy analizowałem ranking WTA na oficjalnej stronie. Siedemnasty najlepszy turniej Bartoli, czyli pierwszy nie zaliczany do rankingu WTA, to 70 pkt. I nie wiem dlaczego zacząłem przyjmować, że właśnie tyle punktów straci Francuzka. Gdyby tak było w rzeczywistości, to ona trafiłaby na 10. miejsce na świcie (420 pkt za finał minus 70, co daje daje 350, a przewaga Agnieszki wynosiła 345). Błąd pojawił się też na naszej stronie internetowej, bo wprowadziłem na minę naszego weekendowego dyżurnego. Dopiero w niedzielę po długiej telefonicznej dyskusji z Victorem Archutowskim (który początkowo był skłonny mi uwierzyć!!!) doszliśmy do wniosku, że jednak oszalałem. Bartoli odejmie się nie 70, ale 110 pkt, bo z rankingu wypada przecież nie 17., ale SZESNASTY turniej. Dobra wiadomość jest taka, że po tym incydencie jestem już prawdziwym ranking-masterem :-) A tak zupełnie na serio, to z chwilą definitywnego końca sezonu, Agnieszce należą się wielkie gratulacje. Mimo falstartu na początek, to był w jej wykonaniu bardzo udany rok! Kończący weekend był za to bardzo udany dla Włoszek, choć umówmy się, że wygrana w finale Fed Cup na czerwonej mączce w Reggio di Calabria z Amerykankami grającymi bez sióstr Williams, nie jest jakimś kosmicznie trudnym wyczynem: W dobrym humorze była też dziewczyna Novaka Djokovicia: Jej chłopak zasmucił Rogera Federera wygrywając z nim w jego rodzinnym mieście:
Największe wrażenie zrobiła na mnie jednak hala w Walencji, gdzie wygrał Andy Murray:
Aha... Łukasz Kubot zagra w singlu w Paryżu i jest o krok od awansu do setki...
poniedziałek, 26 października 2009
Ręka Radwańskiej w rękach fachowca
Agnieszka Radwańska po powrocie z Dauhy przejdzie w Krakowie zabieg, który - miejmy nadzieję - pozwoli wyleczyć jej kontuzjowaną dłoń. Możecie o tym poczytać w artykule z poniedziałkowej „Gazety Sport”. Zabieg ma przeprowadzić doktor Mariusz Bonczar, jeden z najlepszych w Europie specjalistów w dziedzinie chirurgii ręki. W internecie można znaleźć bardzo pochlebne opinie na temat dokonań doktora Bonczara, który z trenerem Robertem Radwańskim zna się z czasów licealnych. O tym, że mamy do czynienia z prawdziwym fachowcem przekonałem się dziś na własnej skórze. Zadzwoniłem do doktora Bonczara, bo chciałem trochę podpytać go o ten zabieg i późniejszą rehabilitację (pytań miałem całą listę), ale pan doktor grzecznie mnie przeprosił, że nie możemy porozmawiać, bo obowiązuje go tajemnica lekarska i w żadnym razie nie zgodziłby się na taką rozmowę bez zgody Agnieszki, szczególnie przed zabiegiem. Po zabiegu, jeśli Agnieszka się zgodzi, możemy porozmawiać. Powiem wam szczerze: jakoś się specjalnie nie zmartwiłem, że nie było o czym pisać. Doktor Bonczar po tej rozmowie wydał mi się jeszcze większym profesjonalistą niż przedtem. Czuję, że ręka najlepszej polskiej tenisistki znajdzie się w dobrych rękach.
czwartek, 22 października 2009
Karolina i bukmacherzy
WTA na wniosek bukmacherów wszczęła śledztwo co do okoliczności wycofania się Karoliny Woźniackiej z turnieju w Luksemburgu. Dunka polskiego pochodzenia poddała mecz I rundy z Anne Kremer przy wyniku 7:5, 5:0. Zamiast dograć do końca, skreczowała, gdy jeden gem dzielił ją od zwycięstwa. Powiedziała, że miała kontuzję (a właściwie dwie) i wolała przepuścić do kolejnej rundy rywalkę, niż wygrać i potem dać walkowera. Całą historię w skróconej wersji znajdziecie - TUTAJ. Afera bardzo medialna, bo zawsze z zainteresowaniem czyta się historie o podejrzanych wynikach, ustawionych pojedynkach i śledztwach. Jestem jednak przekonany, że Woźniaccy są niewinni. W tym sensie, że nie popełnili celowo przestępstwa. No bo, czy wyobrażacie sobie taki oto kosmiczny scenariusz: Piotr Woźniacki stawia u bukmachera wielką sumę na porażkę córki i umawia się z nią, że cały mecz będzie symulować kontuzję i co chwila wzywać na kort masażystkę, ale jednocześnie grać na tyle przekonująco, żeby stawki na wygraną rywalki były bardzo duże. Dla podkreślenia efektu (a właściwie to nie wiem po co) w drugim secie Woźniacki sam wejdzie na kort i podczas tzw. coachingu powie córce po polsku, żeby się już wycofała. Karolina zrobi to dwa gemy później, a Woźniaccy pójdą do bukmachera zainkasować wygraną? Scenariusz bezsensowny i nierealny choćby z jednego prostego powodu - Woźniaccy tylko w tym roku zarobili legalnie na grze Karoliny ok. 3-4 mln dolarów (2 mln z nagród plus pewnie 2 mln ze sponsoringu). Po jaką cholerę mieliby się pakować w taką historię? Afera to raczej efekt nieuwagi bukmacherów, którzy w czasach funkcjonowania coachingu powinni zatrudniać tłumaczy. Gdyby wiedzieli, co powiedział Piotr córce przy stanie 3:0, obniżyliby stawki za wygraną Kremer do rozsądnych rozmiarów. I byłoby po kłopocie. W ogóle od słynnej afery z Dawidienką w Sopocie wydaje mi się, że władze tenisowe popadają w lekką paranoję jeśli chodzi o bukmacherów. Napisałem, że Woźniaccy są niewinni. Nie znaczy to jednak, że nie zrobili nic złego. Piotr prawdopodobnie złamał przepis programu antykorupcyjnego WTA, mówiący o tym, że nikt z otoczenia zawodniczki nie może wpływać na wynik. Prosząc w przerwie, by Karolina się wycofała, mógł złamać tą zasadę. Można się też zastanawiać, czy Karolina prowadząc z dwoma kontuzjami 5:0 i przerywając pojedynek, nie złamała przepisu regulaminu WTA, że tenisistka powinna grać z pełnym zaangażowaniem, a także, że jeśli tylko jest zdolna do gry, powinna ją kontynuować. Nauczka na przyszłość powinna być dla nich taka, że jeśli ze zdrowiem nie jest w porządku, to lepiej dmuchać na zimne, a nie przy 7:5, 5:0. Tym bardziej, że chodziło o nic nie znaczący turniej w Luksemburgu, a nie finał US Open. Na ile znam WTA, cała sprawa rozejdzie się po kościach. W najgorszym razie wlepią Karolinie jakąś symboliczną karę. W śledztwo i przesłuchania nie wierzę. WTA tylko by się ośmieszyła.
niedziela, 18 października 2009
Radwańska gra w Moskwie. Tylko czy warto?
Agnieszka Radwańska zagra w zaczynającym się w poniedziałek turnieju Kremlin Cup - tak zdecydowała po odpadnięciu w sobotę z imprezy w Linzu. W niedzielę po południu Agnieszka wylądowała na lotnisku Szeremietiewo i we wtorek zmierzy się w I rundzie z Marią Kirilenko. Będzie to rewanż za wrześniową porażkę w US Open. Przyznam się szczerze, że nie do końca rozumiem decyzję wyjazdu do Moskwy. Agnieszka podkreśla od jakiegoś czasu, że jest zmęczona.. To samo mówi jej menedżer Victor Archutowski. Od dawna wiadomo, że ma kontuzjowaną prawą rękę - ból ścięgna przy palcu serdecznym promieniuje aż do nadgarstka - dlatego Agnieszka gra ciągle w opatrunku. W trzy tygodnie rozegrała 14 meczów, ale w półfinale z Kvitovą goniła już resztkami sił. Przegrała wyraźnie. Team Radwańskich wyjazd do Moskwy tłumaczy walką o Masters, ale odpadnięcie w półfinale z Linzu oznacza, że Agnieszka zarobi netto ledwie 10 pkt. do rankingu WTA Race i musiałaby wygrać turniej w Moskwie, by wyprzedzić Zwonariewą i Janković. Rosjanka i Serbka (rozstawione z nr 1 i 2) nie mogą przy tym zajść zbyt daleko, najlepiej żeby odpadły przed ćwierćfinałami. Tak przynajmniej wynika z moich obliczeń, których na 100 procent nie jestem pewien... ale tak na 98,5 procent jestem (ranking WTA Race śni mi się już po nocach). Awans z dziesiątego na ósme miejsce byłby więc cudem, na który przy kontuzji i zmęczeniu sezonem, specjalnie bym nie liczył. Rozumiem, że Agnieszka gra va banque. Zastanawiam się tylko, czy warto. Do Dauhy i tak zapewne pojedzie jako rezerwowa, czyli powtórzy zeszłoroczny sukces. Kilkadziesiąt tysięcy dolarów zarobi choćby za samo startowe. Czy warto ryzykować zdrowiem? Ja bym Moskwę odpuścił. Ale może nie doceniam Agnieszki i jej woli walki. Czy waszym zdaniem wyjazd do Moskwy ma sens, czy Agnieszka powinna już zrobić sobie przerwę?
czwartek, 15 października 2009
Debliści złapali oddech, ćwierćfinał Agnieszki nic jeszcze nie daje
Nie dojdzie do trzeciego w tym roku po Dubaju i Eastbourne pojedynku sióstr Radwańskich. Urszula zupełnie nie umiała sobie poradzić w Linzu z Czeszką Lucie Safarovą. Polka znów więcej się na korcie denerwowała, niż grała w tenisa. Choć wielkich pretensji mieć do niej nie można - przegrała w końcu z wyżej notowaną przeciwniczką. Mecz Agnieszki Radwańskiej z Alize Cornet był wyrównany, ale tylko dlatego, że obie rywalki licytowały się na błędy i popsute serwisy. Mecz był najzwyczajniej brzydki, ale na szczęście z happy endem. Z wypowiedzi Agnieszki przed meczem dla agencji AFP i po spotkaniu dla Eurosportu wynika, że jest już zmęczona sezonem, ale do końca będzie walczyć o Masters. Dwunasty w sezonie ćwierćfinał nic niestety Agnieszce na razie nie daje. Dopiero, gdy dojdzie do półfinału, zarobi netto 10 pkt. do rankingu WTA Race (półfinał w Linzu daje 130 pkt, a szesnasty turniej liczony do WTA Race Agnieszki to 120 pkt. - link do tekstu tłumaczącego rankingowe zawiłości jest w poprzedniej notce). Trzymam kciuki, choć gdybym miał stawiać pieniądze, to na to, że Agnieszka pojedzie na Masters jako pierwsza rezerwowa (czyli zajmie 9. miejsce albo 10., ale ktoś się wycofa). Wydarzeniem dnia było - dość niespodziewanie - zwycięstwo Mariusza Fyrstenberga i Marcina Matkowskiego w Szanghaju nad braćmi Bryanami. Polacy pokonali najbardziej utytułowaną parę świata ostatnich lat dopiero po raz drugi w karierze. Chyba w tym roku znów czeka nas „późna jesień z deblistami”, którzy tak jak w 2006 r. i w zeszłym sezonie będą do ostatniego turnieju gonić punkty potrzebne do awansu na Masters (tym razem w Londynie). Podobno chłopakom pomaga współpraca z Radkiem Szymanikiem, kapitanem reprezentacji w Pucharze Davisa, którego wynajęli do końca roku jako trenera. Jeśli to prawda, powinni zastanowić się nad wynajęciem trenera na cały rok. Masters to fajna sprawa, ale myślę, że wszystkim nam marzyłby się wreszcie porządny sukces w Wielkim Szlemie.
wtorek, 13 października 2009
Radwańska, ranking WTA i Hermann Maier
Poszedłem na parę dni urlopu i polski tenis od razu zaczął odnosić sukcesy. Agnieszka Radwańska dotarła do półfinału w Tokio, potem do finału w Pekinie i zagrała na nosie wszystkim krytykom. Jej sezon wcale nie jest bowiem taki słaby, jakby się mogło wydawać. Aż 11 razy doszła do ćwierćfinałów lub wyżej, czyli częściej od Sereny Williams (10 razy). Wróciła do dziesiątki, walczy o Masters. Jest status quo. W czasie mojego urlopu Łukasz Kubot pokonał też Andy’ego Roddicka, co powinno właściwie zostać nazwane wydarzeniem roku w naszym tenisie. Do ćwierćfinałów Radwańskiej już się bowiem przyzwyczailiśmy, ale Polak wygrywający z zawodnikiem z pierwszej dziesiątki? Tego nie było od blisko 30 lat! Dokładnie nie wiadomo nawet od kiedy, bo Wojciech Fibak sam nie pamiętał, kiedy ostatnio wygrał z kimś z czołówki. Taka prehistoria. Generalnie już niemal doszedłem do wniosku, że dla dobra polskiego tenisa powinienem częściej chodzić na urlopy, a takie porządne trzytygodniowe urlopisko zaplanować gdzieś w okolicach Wimbledonu, ale wtedy uświadomiłem sobie, że gdyby „Gazeta Wyborcza” w ogóle mnie zwolniła z pracy, to Radwańska i Kubot wygrywaliby cały czas. Dałem więc spokój. Pierwszego dnia po urlopie pisałem tekst o tym, co się musi stać, żeby Radwańska zakwalifikowała się do kończących sezon Mistrzostw WTA. I dokonałem przerażającego odkrycia. Otóż nikt w tym kraju nie wie, jak działa ranking WTA Race (zapewne poza pewną nieokreśloną grupą internautów, bo jak wiadomo oni w swojej zbiorowości wiedzą wszystko). Wiedziałem oczywiście, że w odróżnieniu od rankingu WTA Tour, ranking WTA Race zlicza punkty od stycznia, a nie „krocząco” przez 52 tygodnie. Ale czy zlicza wszystkie turnieje, czy tylko niektóre? Analiza „how does it work” na stronie WTA - o dziwo - nie dawała jednoznacznej odpowiedzi, bo odnosiła się do rankingu WTA Tour, a nie WTA Race. Google, też jakoś nie bardzo podpowiadał. Wykonałem więc cztery telefony: do tenisowego trenera, menedżera i dwóch bardzo poważnych redaktorów tenisowych. Usłyszałem dużo przypuszczeń, ale nic konkretnego. Wreszcie policzyłem metodą prób i błędów punkty dla Radwańskiej, Pennetty i Wozniacki sam na piechotę i wtedy upewniłem się o co chodzi. Race liczy 16 turniejów - obowiązkowe (Szlemy plus „Mandatory”) i najlepsze z pozostałych. Generalnie działa identycznie jak WTA Tour, tyle, że od stycznia. Wiem, że to brzmi to trochę idiotycznie, ale naprawdę nigdzie wcześniej nie było to jasno wyjaśnione, a w wielu polskich gazetach podawane były ciągle złe informacje, jakby Radwańskiej wystarczyło np. wygrać w Linzu, by wyprzedzić Zwonariewą i Janković. Nie wystarcza, bo od 280 pkt. za zwycięstwo w Linzu trzeba odjąć 120 pkt. za szesnasty turniej Radwańskiej wliczany do WTA Race. Jeśli wskoczy do niego Linz, to coś musi wypaść, a 160 pkt. netto nic Radwańskiej jeszcze nie daje. We wtorek dopisałem kolejny rozdział do teorii urlopowej. Moje chodzenie na urlop jest wprost proporcjonalne do formy naszych tenisistów, ale odwrotnie proporcjonalne do formy Hermanna Maiera. Genialny austriacki narciarz zakończył dziś karierę. Wielka szkoda.
wtorek, 29 września 2009
Serena Williams vs. Mother Nature
Incydent z atakiem na sędzinę liniową w półfinale US Open nie wpłynął na biznesowe sprawy Sereny Williams. Nike i wielu innych sponsorów Amerykanki wydało nawet specjalne oświadczenia, że wspierają gwiazdę w trudnych chwilach. Oczywiście zrobili to, gdy Williams już oficjalnie za swoje zachowanie przeprosiła. Serena ciągle pozyskuje też nowych sponsorów. Latem podpisała umowę z Tampaxem, czyli czołową marką tamponów, produkowanych przez koncern Procter&Gamble. Profesjonalną kampanię reklamową przygotowała słynna agencja Leo Burnett. Scenariusz reklamówki telewizyjnej jest taki, że Serena toczy w niej bój z Matką Naturą, która próbuje jej wręczyć czerwony podarunek w najmniej odpowiednim momencie meczu. Oczywiście Serena wygrywa z pomocą tampaxów. Zobaczcie zresztą sami:
W internecie dominują komentarze, że reklama jest komiczna. Wiele osób jest jednak zachwyconych. Bardzo poważny tekst na temat udziału sportsmenek w reklamach środków higieny osobistej można przeczytać w New York Timesie. Wynika z niego, że Serena wykazała się dużą odwagą, bo wiele znanych kobiet w takich reklamówkach występować nie chce. W 1995 r. Tampax oferował WTA Tour wartą 10 mln dol. umowę sponsorską. Martina Navratilova, ówczesna szefowa WTA, kontrakt jednak odrzuciła. - W pierwszej chwili pomyślałam, że te pieniądze bardzo się nam przydadzą, ale potem dotarło do mnie, że nie możemy ryzykować ośmieszenia naszych zawodów - mówiła wówczas Navratilova. |
Ostatnie notki
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Strony tenisowe
Vancouver 2010
| ||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||||