Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
środa, 26 czerwca 2013
Bo trawa była za śliska

Victoria Azarenka

10 kreczów i walkowerów od początku turnieju, siedem jednego dnia w środę - to statystyki w historii Wimbledonu i Wielkiego Szlema w erze open rekordowe (w tak krótkim czasie, bo rekord kreczów i walkowerów w całym turnieju to 17 - US Open 2011, ale pewnie zostanie pobity).

Dlaczego jest tak dużo kontuzji?

Łukasza Kubota zapytaliśmy na konferencji prasowej o spiskową teorię dziejów, tzn. jak do wycofywania się z imprezy mają się przepisy antydopingowe (po Armstrongu trzeba zachować czujność). Łukasz powiedział, że kreczujący i poddający mecze obowiązkowo muszą iść na kontrolę antydopingową. Teoria spiskowa więc raczej odpada.

Azarenka mówiła po wycofaniu się (dzień wcześniej upadła fatalnie i uszkodziła sobie kolano), że trawa jest bardziej śliska niż kiedyś. Ale trawa jest ta sama, co w zeszłym roku. Ostatnia zmiana mieszanki trawy w Wimbledonie miała miejsce w 2000 r. Od tego czasu piłki odbijają się nieco wyżej. Ale przez 13 lat nie zmieniło się nic.

Szarapowa też mówiła, że jeszcze nigdy nie przewróciła się trzy razy na korcie w trakcie jednego meczu. Ale po porażce z Michelle Larcher de Brito miała nieco więcej klasy, bo dodała: - Może i było ślisko, ale warunki były takie same dla nas obu.

O co więc chodzi? Moim zdaniem, prawdopodobnie o nic, to czysty przypadek, że akurat siedem osób wycofało się tego samego dnia, a kilka innych się przewracało. Łukasz Kubot słusznie podkreślił, że Wimbledon jest w takim punkcie sezonu - tuż po wyniszczających miesiącach na czerwonej mączce - że zawsze odzywa się więcej urazów.

Trawa jest też specyficzną nawierzchnią, niestabilną, wymagającą lekkiego poruszania się po korcie. Właśnie dlatego świetnie na tych kortach czuje się Agnieszka Radwańska.

Szarapowa przewróciła się trzy razy, ale właściwie przecież ma to sens. Na trawie dobrze grała dziewięć lat temu, teraz lepsza jest na mączce. Darcis wycofał się bo uszkodził sobie bark, tak samo jak Szwedowa. Nie wszystkie walkowery i krecze wynikały z potknięć na trawie. Trawa zawsze była śliska. I nie zdziwiłbym się, gdyby Serena Williams też któregoś dnia się o tym przekonała.



poniedziałek, 24 czerwca 2013
Trzęsienie trawy

Steve Darcis

Jeszcze nie wystygła klawiatura od kliknięć z poprzedniego posta, w którym wieściłem, że Nadal wygra Wimbledon, bo jest w niesamowitym gazie, a Hiszpana już w turnieju nie ma.

Ekspertem okazałem się kiepskim, bo zapomniałem jak bardzo nieprzewidywalną i specyficzną tenisową nawierzchnią jest trawa.

Kto wie, może gdyby Nadal zagrał przed Wimbledonem w Halle, przyzwyczaił się trochę do dużo niższego kozła piłki, tej sensacji by nie było.

Darcis zagrał świetnie, ale zupełnie inaczej niż Lukas Rosol przed 12 miesiącami, gdy eliminował Nadala w II rundzie. Czech przytłoczył Hiszpana agresywnymi strzałami, to była egzekucja trochę w stylu przegranej Nadala z Robinem Soderlingiem w Paryżu. Belg też czasem postrzelał, ale zagrał przede wszystkim genialnie taktycznie, rozpracował Hiszpana, co zresztą on sam przyznał potem na konferencji prasowej. Mnóstwo niskich piłek, slajsów, dużo piłek na bekhend Nadala, czyli zagranie, z którym na trawie ma największy problem. A do tego agresywna postawa - Darcis nie dawał się wypchnąć poza kort, cały czas parł do przodu. Wszystko to - plus chłodna głowa - sprawiło, że Hiszpan nie umiał wydobyć się z pułapki. Darcis, choć jest 135. w rankingu, dopadł Nadala, niczym Djoković w 2010 r. Dominował, dyktował warunki.
Gdy zapytaliśmy Łukasza Kubota, z kim chciałby zagrać w II rundzie, bez wahania odparł, że z Nadalem. - To byłoby ukoronowanie mojej kariery. Nigdy nie grałem w Londynie w singlu na jednym z głównych kortów. Nadal jest dla mnie największym czempionem. Szanuję go za zachowanie poza kortem, to bardzo skromny chłopak, zawsze walczy od pierwszej do ostatniej piłki, zawsze umie pogratulować rywalowi. Byłby to dla mnie zaszczyt - powiedział Łukasz (w tym miejscu zmuszony jestem odnotować uczciwie, że ekspertem był lepszym ode mnie, bo na początku rozmowy zaznaczył, że „Darcis wcale nie musi przegrać meczu, ma świetną rękę, gdyby nie kontuzje byłby w trzydziestce rankingu”).

Marzenie Łukasza się więc nie spełniło, wielkiego pojedynku z Nadalem nie będzie. Czy zwiększa to szanse Polaka na awans do kolejnej rundy? Moim zdaniem tak, bo wygranie z Nadalem to klątwa. Darcis, jak Rosol przed rokiem, nie będzie się teraz mógł opędzić od dziennikarzy przez pół roku. A z mikrofonem pod brodą wygrywa się ciężko.

Vamos Łukasz!



niedziela, 23 czerwca 2013
Pytania o Wimbledon 2013

Rafael Nadal

Czy Radwańska zdoła powtórzyć zeszłoroczny finał?

Agnieszka znów miała szczęście w losowaniu, bo w początkowych rundach na jej drodze nie widzę trudnych rywalek specjalizujących się w grze na trawie (Mony Barthel do nich nie zaliczam. Gdyby była Pironkowa, Cetkowska, Hampton bałbym się bardziej). To dobrze, bo po słabym występie w Eastbourne Agnieszka będzie mogła odbudować się psychicznie lejąc przez tydzień niżej notowane i mniej doświadczone rywalki. Myślę, że do IV rundy powinniśmy dojechać dość miło i przyjemnie, zupełnie jak przed rokiem. Potem zaczną się schody, bo jeśli Pietrowa i Li przyjechały do Londynu w dobrej formie, Agnieszka może mieć z nimi problem. Siłaczek nie lubi, zwłaszcza w takie dni, gdy nie popełniają wielu błędów. Przeszkodą nie do przejścia będzie dla Agnieszki Serena w półfinale. No, chyba, że Serena wykolei się wcześniej sama, ale akurat w Wimbledonie szanse na to są chyba niewielkie.

Czy ktoś inny z Polaków może przejść III rundę?

Janowicz ma na to sporą szansę. I runda z Anglikiem Kyle Edmundem powinna być spacerkiem. Radek Stepanek lub Matt Reid też są do ogrania, a Nicolas Almagro, prawdopodobny rywal w III rundzie - moim zdaniem też. Warunkiem jest jednak jeden - Janowicza nie może w Londynie zawodzić serwis. Im więcej będzie biegania i przebijania, tym gorzej dla Jurka, bo schylanie się do piłek na ziemi i trawie dla kogoś, kto ma 203 cm wzrostu, to jednak dwie zupełnie inne bajki.

Poza Janowiczem, ciężko mi uwierzyć, że ktoś jeszcze przebrnie przez III rundę. Kubot, jeśli nawet ogra Andriejewa (a powinien, bo Rosjanin to sportowy wrak nękany kontuzjami od ponad roku), to z Nadalem w II rundzie nie ma raczej szans. Oczywiście z Hiszpanem można próbować grać agresywnie, atakować i chodzić do siatki. Ale przez trzy sety? Nawet mecz życia może Kubotowi nie wystarczyć.

Przysiężny gra z Petzschnerem, świetnym technikiem, który na trawie jest bardzo niebezpiecznym rywalem. Będę ściskał kciuki, ale zwycięstwo Michała będzie niespodzianką.

Ula to zagadka największa - kompletnie nieprzewidywalna, nie wiadomo jaki tenis i jaki stan emocjonalny wyciągnie akurat z kapelusza. Z jednej strony, Ula to tenisistka, która w zeszłym roku w Londynie potrafiła urwać Serenie Williams najwięcej gemów w czasie igrzysk, z drugiej - tenisistka, która potrafi przegrać wygrany mecz, jeśli tylko straci koncentrację i rywalce uda się wyprowadzić ją z równowagi. Trzymam kciuki, ale coś więcej niż III runda (być może z Kerber) będzie niespodzianką.

Czy Federer wygra po raz ósmy?

I pobije rekord, który dzieli na razie z Samprasem i Renshawem? Nos podpowiada mi, że nie. Wszyscy biadolą nad Nadalem, rozstawionym wyjątkowo z numerem piątym, że już w ćwierćfinale wpada na Federera. Ale przecież to Federer powinien się martwić, że wpada na Nadala, a nie odwrotnie! Hiszpan nad Szwajcarem od lat ma przygniatającą przewagę w ważnych meczach w Wielkim Szlemie. Dlaczego teraz miałoby się to zmienić? Zwłaszcza po wyjątkowo przeciętnym sezonie Federera. I po tym, co Nadal pokazał w Paryżu. A pokazał, że jest w szczytowej formie. Gdy wcześniej był w najwyższej dyspozycji, to w Londynie nie umiał zatrzymać go nikt. Nadala widzę więc w półfinale, a nawet w finale, bo porażki z Andym Murrayem też jakoś wyobrazić sobie dziś nie umiem.

Kto wygra męski turniej?

Gdybym miał obstawić dziś, postawiłbym na finał Djoković - Nadal. Jeśli Hiszpan będzie w stuprocentowej formie fizycznej, moim zdaniem może Serba zatrzymać. Jeśli nie, wygra Serb.

Kto wygra u kobiet?

Serena Williams, a jak nie, to będzie jakaś niespodzianka. Nie wierzą w Szarapową, w Azarenkę też niekoniecznie. Radwańska? Fajnie by było, ale chyba jeszcze nie tym razem. Agnieszka jednak źle znosi presję, a 1400 pkt. do obrony - to będzie jednak ciążyło z tyłu głowy dość mocno. Obym się mylił. 

czwartek, 09 sierpnia 2012
Słaba głowa polskiego sportu

Kurek

Uprzedzam na wstępie, że na siatkówce się nie znam za bardzo, nie oglądam zbyt często. Właściwie w ogóle mnie ona nie interesuje jako dyscyplina sportu, choć zauważam jej fenomen w Polsce, pełne i rozśpiewane hale, silną ligę itd. Trudno tego wszystkiego nie zauważyć oglądając telewizję i czytając gazety. Jeśli więc ktoś lubi fachowe analizy niech dalej nie czyta. Odczuwam jednak silną potrzebę napisania tego tekstu.  

Po finale Wimbledonu Agnieszki Radwańskiej siatkarze - swoim zwycięstwem w Lidze Światowej - zepchnęli jej ogromny sukces na drugi plan. Jakoś to przełknąłem, choć uważam, że finał polskiej tenisistki w najbardziej prestiżowej indywidualnej dyscyplinie sportu na świecie jest wart 10 razy więcej niż zwycięstwo siatkarzy w Lidze Światowej. W dyscyplinie sportu globalnie, mimo wszystko, niszowej (czy Brazylijczycy przedkładaliby sukces siatkarzy nad Kuertena?), i - co najważniejsze - w turnieju NIEWAŻNYM, bo rozgrywanym w roku olimpijskim. W siatkówce w 2012 r. była tak naprawdę jedna ważna impreza. Polacy przegrali na niej z Bułgarią, Australią (!!!) i w ćwierćfinale 0:3 z Rosją. Jakie dziś ma znaczenie, że ileś tam razy ograliśmy Brazylijczyków? Kto o tym będzie pamiętał, poza fachowcami od siatkówki z encyklopedią w głowie i fanatycznymi kibicami z wymalowanymi na biało-czerwono twarzami, krzyczącymi „Nic się nie stało, hej Polska, nic się nie stało!"

Zaraz ktoś powie, że Brazylijczycy i Amerykanie potrafili wygrać i LŚ, i igrzyska, ale ja na to odpowiem, że to tylko dowodzi, że są wielkimi drużynami siatkarskimi, a Polacy nie są, a nie tego, że LŚ jest ważna.

Tak naprawdę Liga Światowa i sukces w niej był moim zdaniem największym nieszczęściem naszych siatkarzy. Polski siatkarz to bowiem wrażliwiec, o bardzo słabej sportowo głowie, bardzo źle znoszący presję faworyta (notabene Brazylijczycy i Amerykanie tej właśnie przypadłości nie mają i dlatego potrafią wygrać i LŚ, i igrzyska).

Polscy wrażliwcy przyjechali na igrzyska jako faworyci, z napompowanym do granic możliwości balonem oczekiwań. Rywale - doskonale wiedząc, że polska głowa jest słaba, jeszcze to podkręcali mówiąc w kółko, że „Polacy są najsilniejsi". Nasze media - też tradycyjnie - grzały atmosferę medalową do czerwoności. Anastasi już był bogiem, wizjonerem itd.

Aż przyszedł mecz z Bułgarią, który złamał naszym siatkarzom kręgosłup. A ta porażka była aż do bólu logiczna - na Bułgarów nikt nie stawiał, bo brakowało gwiazd, awantura w federacji, słabo, niedobrze itd. Z takim rywalem naszym gra się najtrudniej, bo przepaść między ich presją faworytów a luzem rywali była największa. I, oczywiście, przegrali. Kwintesencją sportu są takie właśnie podbramkowe sytuacje - musisz wytrzymać rolę faworyta w takim meczu. Polacy pękli. Dalej była już równia pochyła.

Słaba głowa to jednak nie tylko siatkarska przypadłość. To choroba polskich sportowców. Pamiętacie kajakarkę Natalię Pacierpnik? Prowadziła po półfinale, a potem zawaliła finał. - Nie spodziewałam się, że będę prowadzić, fale jakoś mi się źle poukładały - powiedziała na mecie. Dołęga? To samo. Przykład skrajny, ewidentny, smutny, bo on cierpiał okrutnie, fizycznie, zarabia dużo mniej niż nasze siatkarskie gwiazdy. Przykłady można mnożyć, wysłaliśmy w końcu na igrzyska 217 sportowców.

Na pocieszenie dla naszych siatkarzy, można jeszcze dorzucić Rogera Federera, którego też zjadła presja faworyta. Ale jego dopiero w finale, a na dokładkę wygrał wcześniej 17 Wielkich Szlemów, imprez w tenisie nieco ważniejszych niż igrzyska (choć akurat dla Federera z wiadomych względów wyjątkowo w Londynie było na odwrót).

Z tego samego powodu uważam, że najcenniejsze polskie medale to te, gdzie sportowcy zdobyli je jako jedni z faworytów, wytrzymując presję. A więc nie złoto Adriana Zielińskiego, czy brąz Bartłomieja Bonka, które spadły im z nieba, ale przede wszystkim Tomasza Majewskiego, wioślarek i żeglarzy. Ci ostatni - może to będzie zaskoczenie - to medale dla mnie wyjątkowo wartościowe, być może w ogóle najcenniejsze, bo zdobyte w dyscyplinie, w której rywalizowaliśmy m.in. z Wlk. Brytanią, Nową Zelandią, Francją, USA, Niemcami. Ze sportowymi potęgami pod każdym względem. W dyscyplinie, którą uprawia na świecie mnóstwo ludzi, popularnej. Bo - z całym szacunkiem dla Tomasza Majewskiego - kulę świat pcha jednak w trochę mniejszym stopniu, niż pływa na desce windsurfingowej.

PS. Uprzedzając pytania o analogię do Radwańskiej. Tak, ją też zjadła presja, nie wytrzymała ciśnienia. Ale - pomijając jej niewyparzony język - osiągnęła w tym roku więcej od siatkarzy. A trener Anastasi robił sobie z nią w Londynie zdjęcia, a nie na odwrót.

niedziela, 29 lipca 2012
Dwa Wimbledony, dwie Radwańskie

Radwańska

Dlaczego przegrała?

Po pierwsze, świetnie zagrała Julia Goerges. Niemka doskonale dziś serwowała, wychodziły jej niemal wszystkie agresywne płaskie strzały. Poprzednie mecze z Goerges Agnieszka wygrywała, kontrolowała je, ale jednak okoliczności były trochę inne - w Australii Niemka po raz pierwszy w karierze grała w 1/8 finału Wielkiego Szlema, była zdenerwowana, pudłowała. W Dubaju, walki było więcej, ale obie zagrały ten mecz na luzie. Agnieszka wtedy przeważyła w kluczowych momentach, bo jest po prostu lepsza od Niemki. I nadal tak uważam.

Agnieszka próbowała dziś walczyć, próbowała się bronić, konstruować akcje, ale nie była sobą, nie umiała wykrzesać z siebie takiego tenisa, jaki pokazała kilka tygodni temu podczas Wimbledonu. Zabrakło regularności, popełniała za dużo błędów, zbyt łatwo było ją złamać w defensywie.

Myślę, że kluczowa była presja. To było trochę jak II runda US Open rok temu z Angie Kerber w Nowym Jorku. Radwańska murowana faworytka, rywalka gra świetnie, a Polka gaśnie w trzecim secie.

Turniej olimpijski jest specyficzny. Nie tylko ze względu na to, że grasz dla kraju, a nie tylko na własny rachunek, ale też otacza cię zupełnie inna atmosfera niż ta, którą tenisistki znają choćby z turniejów Wielkiego Szlema. Jest więcej dziennikarzy, są rozmowy z innymi sportowcami, poczucie, że świetny występ jest od niej oczekiwany w Polsce (choćby sama to bagatelizowała). Znaczenie miał też moim zdaniem przyjazd ojca na turniej - po raz pierwszy od maja zeszłego roku siedział na trybunach na eksponowanym miejscu. Wychodząc z trybun, aż kipiał od emocji. Myślę, że Agnieszka też to czuła.  

A także inny Wimbledon - zmieniona trawa (wszyscy mówią, że wolniejsza, co jednak premiuje Goerges, bo piłka trochę „staje w miejscu" i można ją mocniej, precyzyjniej uderzyć), inna organizacja treningów na kortach, inni ludzie z obsługi, czy nawet inne jedzenie, drobiazgi, duperele.

Tylko tyle. I aż tyle.

- To jest sport, nie zawsze się wygrywa i mam nadzieję, że każdy to rozumie - mówiła po meczu Radwańska.

Ja rozumiem.

Szczerze mówiąc, najbardziej w tej klęsce Radwańskiej podobała mi się jej reakcja na pytanie o debla i miksta. - Medal jest medal, wiem, że jest jeszcze debel i mikst, ale ja jednak nie mogę się do tego przyzwyczaić. Dla mnie medal w singlu będzie zawsze wart dużo więcej - powiedziała.

I ja kupuję taką odpowiedź. Bo wiem, że jest szczera, pokazuje jej cholerną ambicję. Znam Agnieszkę od lat, przyzwyczaiłem się już do tego, że, gdy przegrywa, to robi na korcie zrezygnowaną minę i grymasi. To nie zawsze jest rezygnacja, to jest właśnie ta cholerna ambicja. Agnieszka była wściekła, bo wie, że jest lepsza niż ten dzisiejszy mecz. Dużo lepsza. Nie umiała tego pokazać. Ale jeszcze pokaże.

sobota, 28 lipca 2012
Uwięzieni w Olympic Park

london 2012

Seb Coe ze swoimi kumplami z Locog uwięził nas wczoraj z Radkiem Leniarskim w Olympic Park. I nie chciał wypuścić przez niemal godzinę. Byliśmy na wielu olimpiadach, ale coś takiego spotkało nas pierwszy raz w życiu.

Ok. 19.30 skończyliśmy pracę i chcieliśmy wsiąść w czerwony autobusik, który zawsze woził dziennikarzy do stacji Stratford International - stamtąd można dostać się do kolejki DLR i wyruszyć w miasto. Spieszyliśmy się, bo chcieliśmy zdążyć na relację z ceremonii otwarcia w wynajmowanym przez nas domu we wschodnim Londynie.

Kiedy wyszliśmy z biura prasowego trochę się zdziwiliśmy, bo nie było żadnych autobusów.

- Dlaczego ich nie ma? - pytamy jegomościa w żółtej kamizelce.

- Bo nie jeżdżą - odpowiedział.

- Dlaczego?

- Bo zaraz będzie ceremonia otwarcia. W jej trakcie nie jeżdżą autobusy.

- Ale dlaczego?

- Ze względów bezpieczeństwa.

- To jak mamy stąd wyjść? My nie idziemy na ceremonię. Pracowaliśmy, a teraz chcemy jechać do domu.

Pan w żółtej kamizelce powiedział wtedy, że możemy wsiąść do autobusu, który rozwozi dziennikarzy do hoteli w centrum Londynu.

- Ale my nie mieszkamy w centrum. Chcemy się dostać do kolejki DLR. Da się stąd wyjść na piechotę? Pytanie było naturalne o tyle, że cały Olympic Park otacza sześciometrowy parkan z drutu pod napięciem. Są kamery, betonowe zapory, żołnierze, trochę jak w Belfaście w latach 70.

Pan w żółtej kamizelce zaczął się zastanawiać i po chwili odparł, że chyba się da i wskazał kierunek.

Ruszyliśmy. Przedrałowaliśmy z kilometr, ale natknęliśmy się na kolejnych panów w żółtych kamizelkach. Jeden z nich miał dwa metry, co jak się okazało za chwilę, miało pewne znaczenie.

- Bileciki na cereminię otwarcia panowie mają? - zapytali żółci.

- Nie, ale nie chcemy iść na stadion na ceremonię, chcemy stąd wyjść i pójść na kolejkę DLR. Do domu jedziemy.

- Nie możemy was przepuścić. Tylko z bilecikami na ceremonię.

- Ale przecież tam jest wyjście, my tylko sobie tam pójdziemy i wyjdziemy...

- Nie. Względy bezpieczeństwa. Za dużo ludzi.

- Gdzie? Nie widzimy żywej duszy, wszyscy są już na stadionie.

- Względy bezpieczeństwa.  

W tym momencie po raz pierwszy troszkę się zdenerwowaliśmy. Ale do dyskusji włączył się wspomniany dwumetrowy pan, i wierzcie mi, że nawet Radek Leniarski - 10 lat w kajakach, dwa w wojennej marynarce - musiał nieco przystopować.

Zrobiliśmy w tył zwrot. I drałowaliśmy z powrotem jakiś kilometr przez olimpijskie zasieki.

Poszliśmy do „Media help desk" w biurze prasowym.

- Chcemy stąd wyjść! - zaczęliśmy ostro.

- Autobusy do kolejki nie jeżdżą, ale są autobusy do hoteli.

- ALE MY NIE CHCEMY DO HOTELU! Hotele są w centrum, my mieszkamy 30 kilometrów w przeciwnym kierunku!

- Przepraszamy, ale chyba inaczej się nie da, choć... przy tych autobusach chyba też jest wyjście na piechotę.

Nadzieja wróciła, choć minęło już 30 minut. Idziemy do tych busów.

Tam - kolejni panowie w żółtych kamizelkach.

- Chcemy stąd wyjść.

- Jaki hotel?

- Nie chcemy do hotelu, chcemy na stację kolejki DLR.

- To nie tędy, musicie zawrócić...

- ALE TAM NAS NIE PUŚCILI!

- Aha. No to może jednak busik do hotelu? Gdzie panowie mieszkają?

- Tu i tu.

- Hmm... słabo... tam nie jeździ żaden autobus.

- A da się stąd wyjść na piechotę?

- No, nie bardzo.

- Czy możemy wsiąść do autobusu i wysiąść, jak już wyjedzie za bramę Olympic Park? Pójdziemy dalej na piechotę.

- Obawiam się, że to niemożliwe.

W tym momencie nie wytrzymałem, powiedziałem, że czuję się porwany, że jesteśmy zakładnikami, że to jest jakiś skandal, i że chcę się widzieć z przełożonym panów w żółtym.

Jeden z nich poszedł się naradzić. Wrócił, i mówi tak:

- Wiecie, teoretycznie można zamówić taksówkę, o tam - pokazuje. - Ale żeby ją zamówić, musicie iść do biura prasowego (pół kilometra w drugą stronę).

- Litości! Niech pan ją nam zamówi stąd. Stamtąd właśnie wracamy - błagamy.

- Nie mogę, nie mam telefonu.

- Proszę wziąć nasz!

- Chyba jednak nie...

- WRRRRRRRRRRRRRRRR!

Wtedy zapaliła się zielona lampka. Zaraz, zaraz, skoro tam podjeżdżają taksówki, to one są już na zewnątrz?

- No... tak - odparł pan w żółtym. - Ale tam nic nie ma, żadnych autobusów, tylko ten podjazd dla taksówek i samochodów.

- Nie ważne! Uciekamy!

No i po godzinie wyszliśmy z Olympic Park, ale dalej łatwo też  nie było. Bo wyjście prowadziło rzeczywiście donikąd - na skrzyżowanie bez nazwy, w industrialnej krainie mostów, mostków i plątaniny żelastwa. Do stacji metra (ale jeszcze nie tej naszej DLR) dotarliśmy po 30 kolejnych minutach marszu. Ale potem było już z górki - dwie przesiadeczki, 45 minut i byliśmy w domu. Zdążyliśmy chyba na Marry Poppins.

Fajnie pan to wszystko zorganizował, lordzie Coe.

poniedziałek, 02 lipca 2012
Zagraj to jak Miami, Aga

Agnieszka Radwańska

Nie chcę zapeszać. Ale z dziennikarskiego obowiązku trzeba to napisać jasno i wyraźnie. Agnieszka Radwańska stoi przed wielką szansą awansu do finału singla w Wimbledonie. Tak, to nie żarty, finału singla tenisowego turnieju Wielkiego Szlema.   

Między Agnieszką a tym historycznym dla polskiego sportu wynikiem (co mogłoby się właściwie z tym równać?) stoją już tylko Maria Kirilenko, a potem Sabine Lisicki lub Angelique Kerber. O każdej można powiedzieć mnóstwo dobrego, każda z nich rozgrywa w Londynie świetny turniej, a z Radwańską w przeszłości wygrywała, ale nie da się też nie zauważyć, że po raz pierwszy w Szlemie Agnieszka nie trafiła w decydującej fazie turnieju na rywalki przewyższające ją siłą fizyczną. Kirilenko, Lisicki i Kerber nie biją piłek z mocą Sereny Williams, Marii Szarapowej, czy Viktorii Azarenki.

Przeważająca siła fizyczna rywalek była zmorą Agnieszki przez lata. Na trawie w Londynie w ćwierćfinałach za każdym razem zatrzymywały ją np. siostry Williams.

Z Kirilenko Agnieszka wygrała cztery ostatnie mecze, z Kerber i z Lisicką ostatnie pojedynki też zwyciężała. Odkąd latem zeszłego roku w jej tenisie pojawił się większy spokój, lepszy serwis, i więcej agresji, wpadki z rywalkami niżej notowanymi od niej, można policzyć na palcach jednej ręki. Ok, ktoś powie, że w Paryżu zawaliła niespodziewanie mecz z Kuzniecową, a wcześniej w Rzymie z Cetkovską, ale Rosjanka to jednak najwyższa liga siłowego tenisa, a poza tym, oba mecze odbyły się na czerwonej mączce, nawierzchni, której Agnieszka nie lubi.

W Londynie grają na trawie. Radwańska zdobyła tutaj tytuł jako juniorka, jest dziś numerem trzy na świecie, wygrała w tym roku turnieje w Miami, Dubaju i Brukseli, a wcześniej także w Pekinie, Tokio i San Diego. Poza Azarenką (druga połówka drabinki) i Szarapową (nie ma jej już w turnieju) Agnieszka demonstrowała w tym roku najlepszy tenis na świecie. Jeśli tylko wyjdzie na kort z takim nastawieniem, jakie miała np. w Miami, gdzie z zimną krwią rozprawiła się ze wszystkimi, powinna sobie poradzić także z Kirilenko, Lisicki i Kerber. Kluczowa będzie głowa, spokój, kontrolowanie emocji.

Skoro można było wygrać Miami, dlaczego nie dojść do finału Wimbledonu. Na dobry początek.

Zagraj to jak Miami, Aga.

czwartek, 28 czerwca 2012
Na takiego Jerzyka czekamy

Jerzy Janowicz

- Szczerze mówiąc, nie wiem, jak wygrałem. Czułem się drętwo, zawodził mnie forhend, czyli mój najlepszy przyjaciel na korcie. Pojawiła się irytacja. Stosowałem wszystkie możliwe taktyki, które przygotowywaliśmy z trenerem, ale nic nie wychodziło. Skoro wszystko zawodziło, to zastosowałem taktykę... na olewkę. Przestałem się przejmować błędami, tym że Gulbis posyłał cztery asy w gemie, po prostu przestałem się emocjonować. I nagle serwis wrócił, a z nim dobra gra - opowiadał Jerzy Janowicz po niesamowitym zwycięstwie w II rundzie Wimbledonu nad Ernestsem Gulbisem. 

Sformułowanie „na olewkę" przejdzie pewnie do historii polskiego tenisa. Wczoraj, gdy Jerzyk opowiadał o meczu, i nagle wypowiedział powyższe zdanie, wszyscy wybuchnęliśmy śmiechem.

„Olewka" jest może nie do końca fortunna, bo kojarzy się z lekceważeniem, z odpuszczeniem, ale tak naprawdę wszyscy wiemy, co Janowicz miał na myśli. Przestał się przejmować wynikiem, rankingiem rywala, jego atomowym serwisem, zaczął po prostu grać. Nie kombinował, nie zastanawiał się, nie kalkulował, w który róg grać, jak serwować, jak się ruszać. Zaufał instynktowi.

I bardzo dobrze zrobił. Tak naprawdę, to jak zachował się wczoraj Janowicz na korcie z Gulbisem, nie różni się niczym od tego, co zrobił w półfinale US Open Djoković z Federerem, gdy zagrał ten bajeczny forhend, którym obronił meczbola i zniszczył mentalnie Szwajcara. Serb też wtedy nie myślał, zaufał instynktowi.

„Jerzyk" ma predyspozycje, by być dobrym tenisistą. Świetnie serwuje, a jego „przyjaciel forhend", jak mówi o swoim firmowym uderzeniu, to naprawdę solidna broń. Jest wysoki (202 cm), a dziś, jeśli spojrzymy na czołówkę męskiego tenisa, wzrost jest coraz ważniejszym czynnikiem. Wysocy gracze, pod warunkiem, że dobrze się ruszają, mają po prostu dużo większą siłę rażenia z linii końcowej.

Na razie Janowicz wyrównał niesamowity wynik, jaki w debiucie w Szlemie osiągnął w 2006 r. w US Open Łukasz Kubot, który grając od eliminacji, też doszedł do III rundy. Różnica jest jednak taka, że Kubot - z różnych powodów - przebudził się wtedy w wieku jak na tenisistę bardzo dojrzałym. Dziś jako 30-latek jest w top 50, ale tak naprawdę można już powolutku zacząć odliczanie do końca jego kariery. Janowicz ma dopiero 21 lat. Jeśli niebawem awansuje do setki (na razie jest 136. na liście ATP) i będzie mógł grać w większych turniejach, być może w końcu będziemy mieli tenisistę, którego kariera będzie rozwijała się w miarę normalnym rytmie, jeśli można tak powiedzieć - czyli od juniora, poprzez seniora grającego (krótko!) w challengerach, po zawodowca w dużych turniejach ATP i Szlemach. Na kogoś takiego czekamy.

I wydaje się, że „Jerzyk" w tej swojej „olewce" znalazł złotą tenisową formułę. Pytany o powody lepszej  gry, opowiada o nowym trenerze od przygotowania fizycznego, o nowych, bardziej elastycznych rakietach, ale kluczowe jest właśnie to, że zmienił mentalne podejście do tenisa. Przestał się spinać, analizować, rozmyślać, liczyć, zaczął grać. O to właśnie w tenisie, zresztą w sporcie wyczynowym w ogóle, chodzi. Nie o rozbieranie w trakcie meczu każdej akcji na czynniki pierwsze, ale na zaufanie instynktom, automatyzmowi. Jak Djoković, jak Nadal.



piątek, 22 czerwca 2012
Radwańska znów z Venus?

Agnieszka Radwanska

Agnieszka Radwańska (WTA 3) - Magdalena Rybarikova (WTA 121)

Ribarikova to nie Cetkovska, czy Pironkova. Agnieszka mogła wpaść na kogoś dużo bardziej niewygodnego. Słowaczka ma słaby sezon, na poziomie turniejów WTA właściwie nic nie ugrywa, musiała się ostatnio zniżać do ITF-ów, choć przecież jeszcze w 2009 r. dobijała się do pierwszej 40” rankingu. Kariera wysokiej Słowaczki (180 cm) załamała się po kontuzji kolana na zeszłorocznym Wimbledonie, gdy poddała mecz z Viktorią Azarenką. Długo chodziła o kulach, do dawnej formy nie wróciła. Ale trzeba uważać, bo Agnieszka nie lubi sytuacji, gdy jest murowaną faworytką, a z drugiej strony siatki szaleje ktoś, kto nie ma nic do stracenia. Znak zapytania jest tym większy, że przed Wimbledonem Agnieszka przegrała jedyny mecz na trawie w Eastbourne. Mam nadzieję, że nie straciła przez to pewności siebie, a zmęczenie sezonem”, o którym mówiła, to tylko taki pomeczowy PR. Chmury nad występem Radwańskiej w Londynie gęstnieją, jeśli spojrzymy na II rundę. Może w niej bowiem znów zmierzyć się z Venus Williams w powtórce pojedynku z Rolanda Garrosa. Ale tym razem nie musi się skończyć tak różowo, czyli zwycięstwem Polki, bo z czerwonej mączki przeszliśmy na trawę. Williams ma swoje lata, jest schorowana, wolna i nie błyszczy formą, ale na kortach Wimbledonu wygrała w singlu PIĘĆ razy. Nie ma w drabince bardziej utytułowanej tenisistki specjalizujące się w grze na trawie.

Urszula Radwańska (WTA 64) - Marina Erakovic (WTA 45)

Dla rozpędzonej Uli  - przed nią pierwszy w karierze finał w 's-Hertogenbosch po wycofaniu się Kim Clijsters z powodu kontuzji - to rywalka do pokonania. Urodzona w chorwackim Splicie, ale od lat reprezentująca Nową Zelandię zawodniczka ma dobry sezon - zagrała m.in. w finale w Memphis, w półfinale w Budapeszcie i w III rundzie w Birmingham. Urszula ma jednak sezon jeszcze lepszy. Wygrywała z Bartoli, z Pennettą, pokazała, że idzie wreszcie mocnym krokiem do przodu. Z Erakovic może sobie poradzić, a dalej w drabince też nie jest źle (Barty/Vinci).

Sandra Zaniewska (WTA 160) - Shuai Peng (WTA 32)

Nasza 20-letnia debiutantka w Wielkim Szlemie wylosowała najgorzej. Peng to solidna firma, rozstawiona w turnieju z nr. 30. Umie grać na trawie - rok temu doszła w Londynie do IV rundy. Chinka świetnie się rusza i naprawdę ciężko znaleźć lukę w jej defensywie. Wielokrotnie ogrywała już tenisistki z czołówki, m.in. Radwańską w US Open, Mauresmo, Schiavone, Szarapową. W meczu z młodą kwalifikantką może odczuwać presję, że wygrać musi, a Sandra, grając na luzie, może pokusić się o niespodziankę.

Łukasz Kubot (ATP 48) - Tatsuma Ito (ATP 70)

Kubot w 2009 r. w eliminacjach do US Open przegrał z Japończykiem w ich jedynej konfrontacji. Ale od tego czasu wiele się zmieniło. Polak zadomowił się w pierwszej setce, a ostatnio nawet w pięćdziesiątce, a Ito wciąż faluje - nabija punkty w challengerach, by znów potem zanurkować w rankingu. Ostatnio jest na wznoszącej - miał świetną passę w Azji, ale w Wimbledonie zadebiutuje, a Kubot rok temu doszedł do IV rundy i jedna piłka dzieliła go od ćwierćfinału z Andym Murrayem. Polak na trawie przed Wimbledonem nie zachwycał - odpadł w II rundzie w Eastbourne i w II rundzie w Halle. Ito doszedł do ćwierćfinału w 's-Hertogenbosch, w sumie zagrał w aż trzech imprezach na trawie. Biorąc pod uwagę doświadczenie, i bardziej pasujący styl gry na trawę, Kubot powinien być faworytem. Ale Łukasz też musi uważać, bo presja obrony punktów za zeszły rok będzie duża - nie gra się łatwo ze świadomością, że słabszy mecz może cię zrzucić kilkadziesiąt miejsc w dół rankingu.

Jerzy Janowicz (ATP 135) - Simone Bolelli (ATP 117)

Bolelli to nie jest włoska pierwsza liga, ale też nie jest graczem kompletnie anonimowym. Rok temu doszedł do III rundy Wimbledonu, a niedawno osiągnął m.in. III rundę w Queen’s Clubie. Ma od Polaka dużo większe doświadczenie. Janowicz jest jednak rozpędzony, gra tenis swojego życia, lada moment może przebić się do pierwszej setki. Jeśli serwis będzie mu służył, może wygrać. Ze względu na warunki fizyczne trawa przecież powinna teoretycznie być jego najlepszą nawierzchnią.

czwartek, 21 czerwca 2012
Piątka Polaków w Wimbledonie!

Jerzy Janowicz

Zbliża się (to już za cztery dni!) historyczny dla Polski tenisowy Wielki Szlem. Po raz pierwszy w singlu będziemy mieli piątkę reprezentantów w turnieju głównym. Do Agnieszki Radwańskiej, jej młodszej siostry Urszuli oraz Łukasza Kubota, którzy załapali się dzięki wysokiemu rankingowi, dołączyli - po wygranych kwalifikacjach w Roehampton - Jerzy Janowicz i Sandra Zaniewska. Brawa szczególnie dla ostatniej dwójki, która w Wielkim Szlemie zadebiutuje. Brawa tym większe, że chodzi o Wimbledon, czyli Szlem uchodzący za najbardziej prestiżowy.

Do tej pory, za sprawą Kubota, sióstr Radwańskich i Michała Przysiężnego, mieliśmy w Wielkich Szlemach maksymalnie czterech singlistów - w 2010 r. na Rolandzie Garrosie i Wimbledonie (innych przypadków nie pamiętam, bo albo nie było Przysiężnego albo Uli, a za czasów Marty Domachowskiej czwartej, a często nawet trzeciej osoby, też brakowało - jeśli coś pominąłem, proszę o sygnał).

Skąd się wzięła ta piątka? Spokojnie, to na pewno jeszcze nie system. Nie jesteśmy Francją, czy Hiszpanią i długo nie będziemy. Za każdym stoi często długa i pokręcona historia, w której główną rolę odegrała własna praca, wiara, upór rodziców, cierpliwi sponsorzy mniejsi i więksi. Powoli, pomalutku, ziarnko do ziarnka. Potęgą nie jesteśmy, ale jeszcze troszkę i ciężko będzie powiedzieć o tenisie w Polsce „sport niszowy". Z piątką w singlu w Wimbledonie, to po prostu ciężko przechodzi przez usta.

Jutro losowanie drabinek. Trzymajmy teraz kciuki, żeby nasze zuchy nie powpadały na siebie.



1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Czerwiec 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
      1 2 3 4
5 6 7 8 9 10 11
12 13 14 15 16 17 18
19 20 21 22 23 24 25
26 27 28 29 30    
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter