Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
piątek, 29 stycznia 2010
Kooyong

Byłem dziś na kortach w Kooyong na przedmieściach Melbourne. Kawał historii australijskiego tenisa - na kortach miejscowego Kooyong Lawn Tennis Club rozgrywano przez wiele lat Australian Open. Po raz ostatni w 1987 r., gdy Stefan Edberg pokonał w finale Pata Casha. W 1988 r. turniej przeniósł się do Melbourne Park, czyli w obecną lokalizację w centrum nad rzeką i zmienił nawierzchnię z trawy na Rebound Ace.
Ale w Kooyong wciąż grano w tenisa. To właśnie na tych kortach rozgrywana jest do dziś tradycyjna impreza pokazowa, gdzie wielcy gracze przygotowują się do AO - wygrywał tu Federer, Agassi, a w tym roku Verdasco.  

Stadion wygląda trochę jakby się miał zaraz rozsypać, ale w końcu zbudowano go w 1927 roku :-). Żeby przygotowanie do AO miało sens, na korcie centralnym nie ma dziś trawy, ale identyczna nawierzchnia jak na Rod Laver Arena. Ale wszędzie wokół jest jeszcze trawa.

Kooyong to nie tylko tenis, w 1972 r. zagrali tu Led Zeppelin, rok później Stonesi, Black Sabbath....

Budynek klubowy poddano niedawno gruntownej renowacji - wszystko lśni nowością, a o bogatej historii przypominają tylko zdjęcia wiszące na ścianach - Harry Hopman, Rod Laver, Mark Edmondson, Puchar Davisa 1947 itd.

W piątek na trawie Kooyong rywalizowali amatorzy, finaliści międzynarodowego turnieju dla par mieszanych KIA Amateur Australian Open. KIA, czyli główny sponsor AO, a także mojej wyprawy do Melbourne, zrobiła w 16 krajach, w tym w Polsce, szereg turniejów dla amatorów. Finaliści pojechali w nagrodę do Australii. Wśród nich są - Marta Kurzacz i Tomasz Wojtowicz, którzy wczoraj na moich oczach roznieśli Belgów w proch i pył. Potem, z Holendrami, było już trochę gorzej, ale można spokojnie powiedzieć, że Polacy są mocną drużyną środka tabeli :-) Dziś, już na kortach w Melbourne Park, c.d. turnieju.

Generalnie, dla ludzi amatorsko grających w tenisa, to super sprawa. W tym roku będzie kolejna edycja turnieju, więc kto chce jechać do Melbourne, niech się rozgląda za info na temat turnieju.

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Kooyong

Harry Hopman, twórca australijskiej potęgi w Pucharze Davisa...

Kooyong

kort centralny...

Kooyong

Kooyong

Kooyong

sędziowie wpisują wynik meczu Polska - Belgia (chyba 6:1)...

Kooyong

Kooyong

15:14, mastaar
Link Komentarze (4) »
czwartek, 28 stycznia 2010
Pomidorówka

Oto okładka dzisiejszego dodatku sportowego „The Age":

The Age

Pisałem już - „The Age" to najlepsza, najbardziej pomysłowa graficznie gazeta, jaką widziałem. Bardzo fajny trik z towarzyszem Mao, choć tekst o Chinkach w środku, już taki sobie. Nie dowiedziałem się niczego, czego nie wiedział bym wcześniej.

Przepraszam, że nic nie nie napisałem na blogu od przedwczoraj, ale codziennie wychodzę z kortów o 2 w nocy, w hotelu jestem o 2.30, zasypiam o 3. I tak dalej. Nie zawsze mam siłę i czas, żeby coś napisać.

Dziś umówiliśmy się na big interview z Łukaszem Kubotem, który w sobotę rano via Auckland leci do Santiago de Chile na swój pierwszy z trzech turniejów w Ameryce. Łukasz zastanawiał się chwilę nad powrotem do Polski do rodziców w Lubinie, ale uznał, że taka zmiana stref czasowych i temperatury, będzie jednak bez sensu. Tym bardziej, że powoli wychodzi już z tej wirusowej infekcji.

Łukasz opowiadał dużo o swoich początkach, np. jak z trenerem Ryszardem Korzeniowskim o 5.30 rano jeździł na treningi do hali w Lubinie, a czasem - gdy trener nie mógł go podwozić - jak jeździł sam w tę i z powrotem PKS-em albo rowerem. Mówił o swojej chwilowej fascynacji koszykówką NBA w młodości - każdy z kolegów Łukasza w tamtym czasie miał piłkę z logo jakiegoś klubu. Łukasz też miał - Charlotte Hornets. Mówił o piłkarzach Zagłębia, którzy zawsze gdzieś się kręcili w jego życiu, jako że ojciec Janusz sam grał w tym klubie, a potem trenował "miedziową" jedenastkę. Łukasz wspominał też o swojej siostrze Paulinie, o Czechach, gdzie ma treningową bazę, o bolączkach polskiego tenisa i wielu innych ciekawych sprawach, które niebawem przerodzą się pewnie w jakiś wywiad.

Rozwikłaliśmy też zagadkę - co Łukasz miał na myśli, mówiąc, że tęskni za domowym jedzeniem. - Pomidorówka mojej mamy, oczywiście! - uśmiechnął się.

05:49, mastaar
Link Komentarze (1) »
wtorek, 26 stycznia 2010
Australia Day

"Aussie, Aussie, oi, oi, oi" - zaśpiewali młodzi ludzie na Federation Square w centrum Melbourne. Na plecach mieli narodowe flagi, pod pachą zawiniętą w obowiązkowy papier butelczynę, a na ustach uśmiech od ucha do ucha. Kilka chwil wcześniej nad głowami przeleciała nam odrzutowa eskadra myśliwców F-16, a przez Swanston Street przetoczyła się tradycyjna parada złożona z przedstawicieli różnych mniejszości narodowych zamieszkujących Australię. Widziałem Tajów, wielką  grupę Hindusów, a nawet Duńczyków w hełmach Wikingów, ale niestety nie znalazłem Polaków. Był hymn, potem żołnierze zagrali na kobzach (chyba?), a wokół biegały dzieci z pomalowanymi w gwiazdy i UnionJacka twarzami.

Australia celebruje dziś Australia Day, czyli swoje najważniejsze święto narodowe. To upamiętnienie założenia przez Brytyjczyków pierwszej kolonii w Sydney Cove 26 stycznia 1788 r. (przypominam, że głową państwa w Australii jest królowa Elżbieta II). Zamknięte są banki, nie pracują urzędy i biura, a w parkach nad Yarrą ludzie rozstawiają grille i pichcą sobie jakieś pachnące smakołyki. W telewizji leci nieustająca transmisja live, która właściwie rozpoczęła się już wczoraj od ogłoszenia, kto został Australijczykiem roku. Tym razem padło na prof. Patricka McGorry'ego, psychiatrę, który od lat skutecznie leczy australijskie dusze z różnych demonów. Reporterzy rozmawiają z ludźmi na paradach, przy grillach i pytają ich, jak fajnie być Australijczykiem. Tego dnia nadaje się też uroczyście obywatelstwo - Australia, choć przez ostatnie dziesięciolecia bardzo zaostrzyła imigracyjne prawa - wciąż pozostaje krajem zamieszkanym prawie wyłącznie przez ludność napływową. Kiedyś głównie z Brytyjskiego imperium, ostatnio coraz częściej z Azji południowo-wschodniej.

Niestety, wychodząc wczoraj z biura prasowego, zapomniałem wziąć aparatu - został w zamykanym schowku, więc nie zobaczycie na zdjęciach Duńczyków, odrzutowców i żadnego grilla. Ale uwierzcie na słowo, uśmiechnięta i zawsze ciepła Australia, tego dnia jest jeszcze bardziej uśmiechnięta i pogodna. 

Zobaczcie sobie w ramach rewanżu zdjęcia z wczorajszego meczu Kubota ("The Age" napisał o nim artykuł, ale red. Ciastoń nie został zacytowany :-). Szkoda, że Łukasz się rozchorował, ale umówmy się uczciwie, że nawet zdrowy, nie miałby z tak grającym Djokoviciem szans. Daję też trochę zdjęć zrobionych na kortach dzisiaj.

Pamiętajcie o nieregularnej relacji na Twitterze. Dziś w polskie rano Nadal - Murray.

Australia Day na kortach - dużo osób ma flagi na plecach...

zaczyna się turniej na wózkach...

dzisiejszy plan wieczoru - gra m.in. booty :-)

nie muszę pisać, komu kibicuje ten pan

 

06:51, mastaar
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 25 stycznia 2010
The Age

Dziś na dwie godziny przed meczem Łukasza z Djoko, podeszło do mnie dwóch zagranicznych dziennikarzy. Hindus, nie zapamiętałem z jakiej gazety, i Australijczyk z "The Age", takiego lokalnego "The Times".

"The Age" to najładniejsza graficznie gazeta codzienna jaką kiedykolwiek widziałem i najlepszy australijski dziennik.

Zanim się odezwali, wiedziałem już, że będzie chodziło o Kubota. Wypytywali o jego styl gry, o przeszłość i dlaczego gra tak dobrze teraz. Opowiedziałem im, co Łukasz mówi po polsku na konferencjach, że podkreśla uczciwie, że ma wielkie szczęście - z losowaniem i wycofaniem się Jużnego, ale z drugiej strony, że gra zdecydowanie najlepiej w swojej karierze. Że pomógł mu debel, że zdobył dzięki niemu pewność siebie. Ale też, że nie trenuje w Polsce, ma czeskich trenerów i mówi na każdym kroku, że u nas w kraju nie za bardzo się da zajść wysoko w tenisie.

Na koniec Australijczyk stwierdził, że pewnie w Polsce jest teraz wielki boom na Kubota, że ludzie siedzą przed telewizorami i oglądają Australian Open. Próbowałem go wyprowadzić z błędu, ale na hasło "handball" Australijczyk zrobił tylko wielkie oczy. Zobaczymy, czy coś napiszą.

Zamieszczam trochę zdjęć z wczorajszego spaceru po kortach, gdzie nagle natknąłem się na trening samego pana RF. Najpierw zobaczyłem tłum ludzi, a potem dopiero RF, który akurat zgodził się podejść i rozdać trochę autografów. Po drodze mijałem też różne stoiska dla kibiców, m.in. „Free face painting" :-)

Dawaj, Łukasz!!! Trzymam kciuki!

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

Australian Open

03:36, mastaar
Link Komentarze (1) »
niedziela, 24 stycznia 2010
Woda

Wczoraj wracając do hotelu wszedłem do sklepu spożywczego kupić jakąś kanapkę i wodę. I kupiłem taką oto wodę:

Nałęczowianka

Nałęczowianka 

I nie, żebym ją wygrzebał gdzieś z półki z egzotycznymi towarami obok kiszonych ogórków i ruskich pierogów. Po prostu Nałęczowianka leżała w głównym stoisku, na środku.

Polski eksport trzyma się więc mocno :-)

Woda była jednak niczym w porównaniu z tym, co stało się rano. Kiedy bowiem włączyłem telewizor, nagle usłyszałem czystą polszczyznę: „Minister Jolana Fedak spotkała się z... i o czymś tam rozmawiała." Niestety nie zapamiętałem szczegółów. Na ekranie pojawiła się pani minister, obok niej Michał Boni. Po nich, pojawiła się polska reporterka Polsatu. I po chwili w ogóle się okazało, że to są polskie wiadomości Polsatu. Na australijskim Channel One. Wyjrzałem za okno, czy przypadkiem nie ma za nim statku kosmicznego, ale nie było.

Potem był program po chińsku :-)

A już zupełnie potem się okazało, że to jest normalne w australijskiej telewizji, która dostaje państwowe dotacje na robienie, czy retransmitowanie programów narodowych mniejszości. W końcu Australia to jest kraj imigrantów. Idąc na korty mijam zresztą Immigration Museum na Flinders St.

Na Australian Open jest np. dziennikarz - Słowak, który obsługuje dla publicznego australijskiego radia wszystkich wschodnio-europejskich tenisistów. Rozmawiał m.in. z Kubotem, Radwańską, Hantuchovą, z Czechami, z Rosjankami. I potem każda sekcja językowa wykorzystuje to w swoich programach radiowych.

01:57, mastaar
Link Komentarze (2) »
sobota, 23 stycznia 2010
Always look on the bright side of life!

Jestem ostatnio bardziej optymistycznie nastawiony do świata, więc nie będę bawił się w taktyczne analizy przegranego meczu Agnieszki Radwańskiej. Tomek Wiktorowski, spokojny wyjątkowo coach Radwański i sama Agnieszka, która na konferencji z nami uśmiechała się sympatycznie - kiedy rozmowa zeszła już ze Schiavone na damską koszykówkę, Formułę 1, Roberta Kubicę i Adama Małysza (!) - powiedzieli już wszystko, co powiedzieć można było. Jak chcecie poczytać, zajrzyjcie sobie TUTAJ.

Świat się nie kończy na tej jednej porażce, jestem pewien, że Agnieszka nawygrywa się jeszcze w tym roku dużo. To, że nie lubi grać z defensywnymi tenisistkami, to nie jest odkrywanie Ameryki. Tak po prostu jest. I ani Ricardo Sanchez ani Carlos Rodriguez tego nie zmienią. Kim Clijsters przegrała z Nadią Pietrową 0:6, 1:6, więc nie załamujmy się zbytnio. Always look on the bright side of life!

Najbardziej śmiać mi się dziś chciało, gdy o godz. 11.05 od kolegi z pracy, który do mnie zatelefonował, dowiedziałem się, że Łukasz Kubot awansował do 1/8 finału. - Karol Stopa właśnie to powiedział w TV - usłyszałem. Czujecie? Lecisz na drugi koniec świata, siedzisz sobie w biurze prasowym na Rod Laver Arena, a tu nagle Karol Stopa (pozdrawiamy serdecznie) wie szybciej niż antypody.

Łukasz Kubot imponuje mi strasznie swoim podejściem do tenisowej profesji. Gość jest w 100 procentach skoncentrowany, ukierunkowany na pracę, wszystko podporządkowuje tenisowi. Fajnie pogadał z serbskimi dziennikarzami, pochwalił turniej w Belgradzie, pochwalił Djokovicia, ale zaznaczył, że nie ma nic do stracenia. Bo nie ma.

Rozmawialiśmy potem chwilę z tym osławionym już trenerem Ivanem Machytką - jak on fajnie mówi po angielsku :-) Powiedział, że Łukasz musiałby zagrać mecz swojego życia, żeby wygrać z Djoko. A Radwańska powiedziała, że jak z nim wygra, to dopiero będzie pełen szacun.

Ja mam nadzieję, że będzie pełen szacun. Mam nadzieję, że to będzie bitwa pod Grunwaldem, a ja swoim wnukom będę opowiadał, że widziałem to na własne oczy. Big tennis.

Always look on the bright side of life!

radwańska - schiavone

radwańska - schiavone

radwańska - schiavone

radwańska - schiavone

radwańska - schiavone

11:41, mastaar
Link Komentarze (2) »
piątek, 22 stycznia 2010
Shake your booty, Booty, shake, shake your booty...

Mariusz Fyrstenberg i Marcin Matkowski przegrali niespodziewanie w w II rundzie Australian Open. 

Polacy zagrali słabo, zwłaszcza jeśli chodzi o grę przy siatce. Zaliczają kolejny rozczarowujący występ w Wielkim Szlemie. Kiedy piszę to słowa, wciąż nie przyszli na konferencję prasową, ale w sumie się nie dziwię. Muszą być wściekli. Ich rywale Eric Butorac i Rajeev Ram grali poprawnie, ale bez przesady. Uczestnicy finałów Masters powinni wciągać takie pary nosem, a nie męczyć się w trzech setach wisząc w każdym gemie na krawędzi. Polacy w III secie prowadzili 6:5 i mieli serwis, ale nie umieli tego wykorzystać. Potem nie umieli się już pozbierać po tej katastrofie.

Wielkie wrażenie zrobili na mnie amerykańscy fani. Byli pomalowani od stóp do głów w stripes and stars i za każdym razem śpiewali coraz to fajniejszą przyśpiewkę. Najlepsza była z "shake your booty, Booty, shake your booty". "Booty" to pseudonim Butoraca, ale znaczy też "tyłeczek".

Tego akurat nie nagrałam, ale posłuchajcie innej przyśpiewki: 

Naprawdę dawno nie widziałem tak pozytywnej energetycznie grupy fanów. Po meczu nagrała ich australijska telewizja Channel 7. Amerykanie sprawili, że mimo polskiej mizerii na korcie, kilka razy się na tym meczu głośno roześmiałem.

Na meczu byli też polscy fani, którzy też coś pokrzykiwali, ale jak na dłoni było widać różnię w mentalności. Nasi krzyczeli tak bez przekonania, Amerykanie o optymistycznie, głośno, z finezją. Naprawdę mi zaimponowali. Będę teraz śledził losy booty'ego.

Aha, no i na następny mecz pójdę z aparatem.

04:11, mastaar
Link Dodaj komentarz »
czwartek, 21 stycznia 2010
Australian Open - droga na korty

Wcześniej z tej serii ukazały się - Wimbledon i US Open.

Melbourne to wielkoszlemowe miasto, gdzie z centrum na korty jest zdecydowanie najbliżej. W Londynie i na US Open na piechotę na korty z centrum szło by się dobrych kilka godzin (szczególnie z Manhattanu na Queens). W Paryżu korty leżą dość blisko centrum, ale spacer to solidne pół godziny.

W Melbourne z centrum na korty malowniczą trasą nad rzeką Yarra idzie się 15 minut. Podróż tramwajem to jakieś 3 minuty. Bliskość centrum jest jednym z powodów, dla których tenisiści i tenisistki najbardziej z Wielkich Szlemów lubią właśnie Australian Open - tu nigdy nie stoją w korkach, dzięki czemu mają więcej wolnego czasu.

Drugim niepodważalnym atutem Melbourne jest lato w środku europejsko-amerykańskiej zimy. Obowiązkowe są letnie ubrania, choć akurat w Melbourne, które leży w dość wietrznej zatoce nad morzem, pogoda bywa kapryśna. Często mocno wieje, a czasem nawet pada deszcz. Wieczorami jest chłodno. Trzeba mieć coś ciepłego, szczególnie gdy mecze kończą się o 2 w nocy, jak wczorajszy pojedynek Tomicia z Ciliciem.

Na korty z centrum idzie się mniej więcej tak:

 melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

 melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

melbourne

05:26, mastaar
Link Komentarze (1) »
środa, 20 stycznia 2010
Niech polski dzień będzie też jutro

Nie mam siły robić dziś tradycyjnego wpisu pt. "droga na korty". Za dużo zdjęć. Zrobię go w nocy polskiego czasu.

To był bardzo wyczerpujący dzień. Najpierw ścigałem rodzinę Radwańskich, potem były trzy polskie zwycięstwa deblowe, a na koniec jeszcze super mecz Blake - del Potro, no i Henin - Dementiewa. Wszystko na jet lagu maksymalnym.

Dużo się działo, ale mi w pamięć najlepiej wbijają się zawsze nie mecze, forhendy, woleje, tylko sceny humorystyczno-rodzajowe. Tak już mam.

Zapamiętam więc z tego dnia Olivera Maracha, który na pytanie, czy przez pięć lat współpracy z Kubotem, nauczył się czegoś po polsku, odparł po angielsku, że zna wszystkie "bad words", ale nie zmusimy go do cytowania.

Zapamiętam opowieść F&M o players party z genialną pointą Marcina, że „Byliśmy na parkiecie mocni ilościowo, a jakościowo tanecznie, to w sumie nie wiem".

Zapamiętam Klaudię i Alicję opowiadające o chińskiej klątwie.
Zapamiętam przepis WTA mówiący o tym, że players party jest obowiązkowe.

I zapamiętam trening Rafaela Nadala, na który trafiłem niechcący na korcie nr 14 szukając Radwańskich. "Raaaaafa, I loooove you" - piszczała jakaś dziewczyna w 100-osobowym tłumie. Rafa jej nie odpowiedział.

Mam nadzieję, że singlowy czwartek będzie równie dobry jak deblowa środa.

Dobranoc.

Rafael Nadal

Rafael Nadal

Nadal training session

Zaglądajcie też na Twittera

13:58, mastaar
Link Komentarze (1) »
niedziela, 17 stycznia 2010
Blogu reaktywacja - Australia here we go...

Kangaroos

Wznawiam działalność blogową. Z miejsca przepraszam wszystkich stęsknionych, że tak długo nic nie pisałem, ale ja niestety nie umiem być klasycznym zwierzęciem blogowym wypluwającym z siebie wpisy codziennie, czy nawet raz na tydzień. Jak się okazało, raz na miesiąc, to dla mnie też czasem ciężki wyczyn, niestety.

Pocieszam się tym, że umiem się mobilizować na wielkoszlemowe wyjazdy. I mam zamiar trzymać się co najmniej tego. Pisać sporo i robić dużo zdjęć. Obiecuję!

Jutro via Frankfurt i katarską Dauhę lecę do Melbourne na trzeci w mojej „karierze” Australian Open. Modlę się tylko, by ten pierwszy lot - z polskiej zimy do zimy niemieckiej - nie był opóźniony/odwołany, bo potem to już chyba jakoś pójdzie.

Na I rundzie mnie nie będzie z powodów budżetowo-hotelowo-samolotowo-sponsorsko-różnorakich, ale plus jest taki, że zostanę na turnieju do końca (po raz drugi na mój 11. Szlem).

Mając w pamięci zeszłoroczną polską traumę, mam nadzieję, że Agnieszka tym razem przez jakieś II, III rundy nie zrobi niczego głupiego :-) Wierzę, że choć rachunek prawdopodobieństwa będzie w tym względzie moim sojusznikiem.

Turniej zapowiada się bardzo ciekawie. Nie tylko ze względu na mecz Sereny z Urszulą (który spędzę pewnie będąc gdzieś nad Oceanem Indyjskim). I nie tylko z powodu Kubota, który jako pierwszy Polak od ćwierć wieku zagra w Szlemie bez eliminacji (Łukasz, trzymaj się!). Nie wiem, czy się zgodzicie, ale po raz pierwszy od bardzo dawna Roger Federer i Rafael Nadal nie wydają się mocnymi faworytami. Jednemu jakoś mniej zależy, drugi jakiś taki chudy i niewyraźny. Del Potro się pręży, Murray też, Djoko lubi antypody. No i ten Dawidienko. I to czyni Australian Open 2010 superatrakcyjnym turniejem. Nie wspomnę już o belgijskich klimatach w turnieju kobiecym.

Do Australii leci się bite dwa dni, więc kolejny wpis w środę, mam nadzieję już z biura prasowego w Rod Laver Arena. Tradycyjnie zaglądajcie też na mojego Twittera oraz tam, gdzie moje teksty wpadać będą, czyli na Sport.pl.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 20
 
    follow me on Twitter