Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio, a chwilowo głównie o igrzyskach zimowych w Vancouver. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
sobota, 27 lutego 2010
Nie widziałem łyżwiarek, ale wściekłego Zubkowa

Pojechaliśmy w piątek wszyscy na bobsleje. Bo większość z nas jakoś je pozapowiadała w swoich gazetach, no i wypadało być konsekwentnym i pogadać z chłopakami oraz napisać coś także po ich występie. Tym bardziej, że na torze działo się na treningach sporo. Wycofali się Holendrzy, Australijczycy, a także Łotysz. Niektórzy przez kontuzje, ale np. Holender przyznał wprost, że się boi i nie ma pewności.

Na tor wjechaliśmy kolejką gondolową z centrum Whistler, co okazało się znacznie szybsze niż czekanie na autobus, tzn. nie byłoby szybciej, gdybyśmy musieli stać w kolejce. Ale nasze akredytacje otwierają tu wszystkie drzwi bardzo szybko - dziennikarze mają darmowy transport w czasie igrzysk - teoretycznie moglibyśmy np. iść na narty i jeździć sobie do woli miejscowymi kolejkami i gondolami. Teoretycznie, bo nie mamy na to czasu.

Niektórzy z nas poszli na start robić zdjęcia jak prezes PKOl Piotr Nurowski razem z sekretarzem generalnym Adamem Krzesińskim pomagają nosić boba (bo obiecali, gdy jakiś czas temu brakowało mechanika).

My z Robertem Błońskim poszliśmy na metę. I jak tylko weszliśmy do „mixed zony" i spojrzeliśmy na ekran - a tylko tak ogląda się bobsleje na torze - wywrotkę zaliczyła czwórka Aleksadra Zubkowa. Rosjanin, który cztery lata temu pożyczał  boba Polakom, wywrócił się na trzynastym zakręcie, tym samym, na którym zginął Gruzin Nodar Kumaritaszwili. Rosjanie przeszli koło nas klnąc, szturchając jeden drugiego, byli bardzo źli. Później okazało się, że wywrotka nie była winą Zubkowa tylko awarii systemu sterowniczego.

Dawid Kupczyk powiedział nam później, że on technicznych problemów na torze nie ma, bo okiełznał już „jedenastkę" i liczy, że kiedy inni się będą wywracać, to oni dojadą do mety (będą jeszcze dwa ślizgi) i przeskoczą w górę. Być może nawet do dziesiątki. Na razie są na 13. pozycji.

I właśnie kiedy byliśmy na torze dostaliśmy telefon, że polskie łyżwiarki będą walczyć o medal.

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

bobsleje w Whistler

09:41, mastaar
Link Komentarze (1) »
środa, 24 lutego 2010
Gwiazdy od drugiej strony mikrofonu

Wiecie jakie jest najdziwniejsze uczucie, kiedy jest się na igrzyskach na żywo? Że wszystko wygląda beznadziejnie, w porównaniu z tym, co pokazują w telewizji. Igrzyska generalnie to jest produkt, który MKOl sprzedaje za grube miliardy dolarów stacjom telewizyjnym. I nic poza tym. Czysty biznes. Kibice, idee jakieś, widowisko tu na miejscu, broń Panie Boże, nic z tych rzeczy. Chodzi tylko i wyłącznie o telewizję. Reszta, to bujda na resorach, no może poza hokejem. Na żywo wszystko wygląda nieatrakcyjnie. W życiu bym nie zapłacił 100 dol. za bilet np. na skoki, czy na biatlon. Pięciu dolarów bym nie dał.

To spojrzenie na igrzyska od drugiej strony naszło mnie, gdy przeglądałem zdjęcia, które pstrykam sobie tak cały czas gdzie popadnie. Wybrałem kilka, na których możecie sobie zobaczyć, jak wyglądają na igrzyskach gwiazdy. Od drugiej strony mikrofonu. O ile w ogóle je dostrzeżecie :-)

Noriaki Kasai i japońscy dziennikarze na skoczni:

Kasai

Adam Małysz i polscy dziennikarze na skoczni:

Małysz

Magdalena Neuner i niemieccy dziennikarze między WC, a namiotem do konferencji prasowych na biatlonie:

 neuner

neuner

neuner

neuner

23:18, mastaar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 23 lutego 2010
Koniec skoków

Adam Małysz

fot. Kuba Atys / Agencja Gazeta

Dziś w Whistler skończyło się skakanie na nartach. Adam Małysz oddał swoje ostatnie w karierze olimpijskie skoki, lądując daleko, bardzo daleko. Cała reszta polskiej kadry lądowała blisko, bardzo blisko.

Małysz, którego pierwszy raz miałem okazję w Whistler słuchać tak obficie, z tak bliska, i po medalach, uśmiechniętego, zrobił na mnie absolutnie genialne wrażenie. Piorunujące. Przebywanie w obecności tego człowieka, legendy polskiego sportu, było dla mnie zaszczytem. Kiedy kilka razy przyszło mi spisywać jego słowa, by później przesłać je do redakcji, łzy mi z oczu kapały. Nie miałem nigdy w swojej dotychczasowej dziennikarskiej karierze do czynienia z czymś takim. Kiedy mówił o kibicach, którzy się za niego modlili, albo gdy z tak wielkim szacunkiem wypowiadał się o swoim trenerze Hannu Lepistoe.

Małysz, podobno bardzo się zmienił, dawno temu potrafił być szorstki, niemiły, albo pleść trzy po trzy. Ale ja na zawsze zapamiętam go takiego, jakim był tu, na skoczni olimpijskiej w Whistler Park.

Kiedy oglądałem konkurs drużynowy, w którym dzięki fenomenalnym skokom Małysza, zajęliśmy szóste, a nie 12., czy 16. miejsce, a potem słuchałem po kolei Huli, Rutkowskiego, Stocha i trenera Kruczka, zdałem sobie też sprawę z czegoś jeszcze.

Ten sport w Polsce wymrze, kiedy tylko Małysz przestanie skakać.

Ci ludzie - najlepsi z najlepszych podobno - nie mają w sobie nie tylko pół procent jego talentu i sportowych umiejętności. Oni nie mają też pół procent jego CHARAKTERU.

Ta drużyna bez Małysza to jest, przepraszam za wyrażenie, wycieczka szkolna panienek z dobrego domu, a nie drużyna. Mruczą coś pod nosem, mamroczą, nie umieją w oczy spojrzeć. Stoch powiedział, że wyjeżdża z „igrzysk z PODNIESIONĄ GŁOWĄ". A trerer Kruczek powiedział do mikrofonu, że ta „drużyna ma potencjał" oraz, podsumowując ogólnie, że był „dobry konkurs na dużej skoczni i druga seria drużynowego". Druga seria drużynowego? Dżizaaaas!!! Co to jest???

Nie umiem sobie wyobrazić, że Adam Małysz ostatnie 10 lat spędził w towarzystwie tych ludzi. I nie zwariował? Naszła mnie nawet taka refleksja, że może Hula skacze z tej trójki najlepiej, bo z Małyszem w pokoju mieszka. Coś tam na niego przechodzi z mistrza.

Skoki po Małyszu wymrą, bo źle moim zdaniem jest robiona selekcja. Do kadry biorą ludzi, którzy są chudzi i mają niezłe odbicie. A powinni brać ludzi z jajami, którzy mają charakter do sportu, a potem ich odchudzić i zrobić power w nogach.

09:39, mastaar
Link Komentarze (22) »
sobota, 20 lutego 2010
A prezes Nurowski z ministrem Gierszem dalej punkty liczą

polski kibic

Dla polskich działaczy sportowych przez dziesięciolecia jeżdżenia na igrzyska olimpijskie największą atrakcją poza zwiedzaniem, nicnierobieniem i stroszeniem piórek, było licznie punktów.

Punkty liczy się za miejsca 1-8. W pradawnych socjalistycznych czasach zależały od niech stypendia, nagrody, siła uścisku pierwszego sekretarza i deputaty węglowe. Po wycofaniu się przez PKOl z wypłacania nagród pieniężnych za miejsca 4-8, nie zależy od nich już kompletnie nic. Cały cywilizowany świat na igrzyska jedzie po medale, a nie po punkty.

Niby punktów miał już nikt nie liczyć, ale dwa lata temu na letnich igrzyskach w Turynie Pekinie moi redakcyjni koledzy Radek Leniarski i Rafał Stec zrobili demaskujący wywiad z Tomaszem Marcinkowskim, urzędnikiem z ministerstwa sportu, który w Pekinie zajmował się jeżdżeniem na zawody i liczeniem punktów oraz m.in. „kwestiami zmian, które zaistniały albo które mogły zaistnieć". Generalnie szczyt nonsensu polskiego sportu.

W piątek w Whistler zjechaliśmy na tradycyjną konferencję prasową PKOl zwoływaną w połowie igrzysk - wielka sala konferencyjna w biurze prasowym nie pękała w szwach, ale kiedy prezes Nurowski odważnie, i słusznie, zmieszał z błotem snowboardzistów, poczuliśmy, że jesteśmy jednak świadkami czegoś ważnego.

Wszystko szło dobrze, kolejni mówcy mówili nawet z sensem, ale na koniec prezes Nurowski wszystko popsuł. Przemówił bowiem w te słowa: - Jak państwo wiecie odchodzimy od "punktomanii", ale tak na marginesie, policzyliśmy jednak punkty. W Turynie w całych igrzyskach było 29, a teraz mamy już 31. Ale to tak na marginesie.

Sęk w tym, że prezes odczytywał te dane z grubego pliku kartek. Jestem przekonany, że liczenie punktów z zaprzęgniętym do tego ciężkiego przedsięwzięcia tabunem urzędników, odchodzi w Vancouver w najlepsze.

I wbrew pozorom, to jest główny problem polskiego sportu. Bo prezes nie dostrzega, że Małysz, Kowalczyk i Sikora spadli nam raczej z nieba, a nie z systemu. Licząc punkty, ucieka nam wszystko inne dookoła. Świat nam ucieka, panie prezesie. Tak na marginesie.

09:21, mastaar
Link Komentarze (3) »
czwartek, 18 lutego 2010
Panie Tomku, trzymamy kciuki!

Tomasz Sikora

fot. Kuba Atys, Agencja Gazeta

Dość pisania o jedzeniu, namiotach, lodowiskach i innych pierdołach. Czas na wpis od serca.

Dziś o 22.20 zaczyna się bieg na 20 km z udziałem Tomasza Sikory, mojego ulubionego sportowca.

Tomasz Sikora jest w polskim sporcie wyjątkowy z kilku powodów. Po pierwsze, jest niesamowicie skromny. Posłuchajcie piłkarzy Ekstraklasy, posłuchajcie tych wszystkich Maciejów Iwańskich i innych wielkich gwiazdorów z ligi za pięć złotych. Posłuchajcie aroganckiego Roberta Kubicy, posłuchajcie przemądrzałej (czasem) Agnieszki Radwańskiej, a potem posłuchajcie sobie, jak Tomasz Sikora mówi, że nie przyjechał na igrzyska, żeby zajmować 18. miejsca. Jak z szacunkiem mówi o Bjoerndalenie, Svendsenie. Jak mówi, że na 20 km kluczowe będzie strzelanie, i że postara się pobiec jak najlepiej, ale medalu nie obieca. Zresztą, nie da się tego opisać. Kto słuchał kiedyś pana Tomka, wie o czym mówię.

Po drugie, Tomasz Sikora jest sportowcem wyjątkowo ambitnym. Przyjechał do Vancouver po złoty medal. Choć nikt tego głośno nie mówi, to wszyscy o tym doskonale wiedzą. I jeśli patrzeć na wyniki jego ostatniego biegu na 12,5 km, to rzeczywiście przygotowany jest do igrzysk perfekcyjnie. Pamiętam jak po MŚ w Peyongchang, Sikora nie potrafił pogodzić się z porażką, że nie zdobył żadnego medalu. Był zły, smutny, przygnębiony. To człowiek, który nigdy nie powie, że ósme miejsce jest dobre. Możecie być tego pewni.

Po trzecie, Sikora dostarcza wzruszeń. Nie ma talentu automatycznego zwycięzcy, cyborga w typie Bjoerndalena. Na każdy sukces musi się solidnie napracować, napocić, ale jak już wygra, to popłakać się można. Jak w 1995 roku w Anterselvie, jak w w 2004 w Oberhofie, jak kilkanaście razy w PŚ, jak cztery lata temu w Turynie, gdy nikt w niego nie wierzył, a on zdobył srebro.

Teraz, na tle Małysza i Kowalczyk, znów nikt w Sikorę nie wierzy. I jakbyśmy mieli stawiać, czy trafi, czy jednak nie, to pewnie byśmy postawili, że nie trafi.

Ale nie marzę o niczym innym, żeby się dziś popłakać na biatlonie.

10:12, mastaar
Link Komentarze (8) »
środa, 17 lutego 2010
Tak się pracuje na igrzyskach

biuro

Na zdjęciu biuro prasowe na biatlonie - namiot, akurat tego dnia lekko przeciekający wodą - stąd te folie, a w środku kilkuset zapracowanych ludzi. Fotoreporterzy schodzą z trasy przed końcem biegu, żeby nadać do redakcji zdjęcia, dziennikarze zazwyczaj przychodzą pisać po powrocie z "mixed zony", czyli po rozmowie ze sportowcami. Europejczycy na tych igrzyskach mają przerąbane, bo wszystko co w Kanadzie dzieje się rano (np. jutrzejsze sprinty Kowalczyk, dla was już dzisiejsze) muszą robić na nocny deadline, czyli pisać szybko, na złamanie karku.

W "mixed zone" pierwszeństwo mają tzw. oficjalni broadcasterzy, czyli w polskim przypadku TVP i Polskie Radio. Czasem złościmy się na nich strasznie, bo przetrzymują sportowców, wypytując ich co jedli na obiad pięć dni temu itd. A my tu się śpieszymy!

Po lewej na zdjęciu widać szafki - tam fotoreporterzy mogą sobie schować ich ciężki sprzęt, my dziennikarze, zazwyczaj wszystko nosimy na plecach. Za rogiem można się za dramo napić kawy z wielkiego termosu, a za drzwiami, których nie widać na zdjęciu, można kupić sobie za złodziejską cenę 7 dolarów suchą bułkę z parówką, szumnie nazywaną przez Kanadyjczyków „smokey sausage" i kilka innych smakujących jak tektura mielona z ladą potraw (ale w Turynie i tak było gorzej).

Na koniec wsiadamy do autobusu i jedziemy do kolejnego namiotu. I tak w kółko przez 16 dni. Z grubsza.

09:24, mastaar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 16 lutego 2010
Nie wszystkie awarie w Vancouver są pechowe

Zaczęło się od tego, że zepsuł się znicz, potem zepsuła się pora roku o nazwie "zima" i wiele innych rzeczy, z których awaria lodowiska w Richmond, to jest - jak mawiał Jerzy Dąbczak - małe miki.

Ale nie każda awaria w Vancouver przynosi pecha.

Dwa dni temu jechałem bladym świtem z Vancouver do Whistler, bodajże na bieg Sikory, gdy w okolicach Squamish, czyli dokładnie w połowie drogi między miastem, a górami (jakiś 65 km od Vancouver), nagle, w tzw. szczerym polu... zepsuł się autobus. Najpierw zaparowały w nim szyby, potem coś gruchnęło, a na koniec kanadyjski kierowca mruknął "f****", i kazał wszystkim wysiąść. Pamiętam, że pierwszą rzeczą jaką sobie wtedy pomyślałem było to, że będziemy stali w tym polu dwie godziny.

Nie minęło 30 sekund, a obok nas i zepsutego autobusu zatrzymał się puściusieńki drugi autobus, większy od tego naszego, autobus z napisem "Olympic Family" (no, może siedział w nim jeden Bułgar). Otworzyły się drzwi, a siedzący w nim kierowca, powiedział "wellcome!". I ze 40 osób gęsiego weszło do środka. Pięć minut później już dalej jechaliśmy.

Ale teraz dopiero następuje pointa tej historii o pechu. Otóż, autobus który się zepsuł, jechał do biura prasowego w Whistler. I dopiero stamtąd mieliśmy się przesiąść do kolejnego autobusu już na obiekt biatlonowy. A autobus "Olympic Family" jechał od razu na biatlon, skoki i biegi. Czyli dzięki temu, że ten pierwszy się zepsuł, dotarłem na miejsce jakieś 45 minut szybciej. A więc, nie wszystkie awarie w Vancouver są pechowe.

21:46, mastaar
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 15 lutego 2010
Na sankach w Whistler

Po biegu Sikory pojechałem dziś na tor saneczkowy, czyli na okryte złą sławą Whistler Sliding Center. To właśnie tam zginął w piątek na treningu Gruzin Nodar Kumaritaszwili.

Po przejściu przez bramki bezpieczeństwa i podwiezieniu busikiem w górę toru na linię mety, usadowiłem się w "mixed zonie" - to standardowy sposób oglądania igrzysk przez dziennikarzy na miejscu. Widok był kompletnie rozczarowujący - nie widać było stamtąd ani kawałeczka toru, ale komfort był taki, że mieliśmy sportowców na wyciągnięcie ręki. Patrzyłem w telewizor, zupełnie jak kibice w Polsce, i pewnie tak jak oni, dostawałem dreszczy na sam ten widok! Ależ oni szybko jechali!

Absolutnym hitem był przemarsz przez "mixed zonę" Argentyńczyka Rubena "Speedy" Gonzaleza - gość ma 47 lat, zajął ostatnie - 38. miejsce, a był absolutną gwiazdą. Przystawał przy każdym dziennikarzu i z uśmiecham na ustach opowiadał o swojej karierze, treningach, odczuciach po śmierci Gruzina. Gonzalez wzbudził trzy razy większe zainteresowanie niż złoty medalista Felix Loch z Niemiec.

Rozmawialiśmy też z jedynym Polakiem Maciejem Kurowskim, który opowiadał nam m.in. o tym, że z sanek nie ma wielkich pieniędzy, więc latem w Jeleniej Górze pracował jako kelner. Potem wywiad z Maćkiem przeprowadziła.... litewska telewizja. I był to chyba pierwszy przypadek na tych igrzyskach, że polski sportowiec z tak odległego miejsca, udzielał wywiadu zagranicznym mediom. Takie są właśnie sanki.

sanki

sanki

sanki

Maciej Kurowski i trener Skowroński:

sanki

Taki widok spotkałem wracając na piechotę do autobusu...

sanki

 

10:04, mastaar
Link Komentarze (1) »
sobota, 13 lutego 2010
Kanada, to nie jest kraj dla biatlonistów

biatlonik

Kiedy przyjechałem w piątek po raz pierwszy na biatlonowy stadion w Whistler Olympic Park, poczułem się trochę jak na chińskiej piłce ręcznej.

Na letnich igrzyskach w Pekinie byłem korespondentem z meczów kadry Bogdana Wenty. Pierwsze spotkanie Polacy grali z gospodarzami i była to totalna niewiadoma. Chińczycy nigdy nie mieli reprezentacji w ręcznej, stworzyli ją od zera tylko na igrzyska. Pamiętacie pewnie jaka była wtedy atmosfera chińskiej gigantomanii - wielki stadiony, hale, kosmiczny basen Kostka Wody, ceremonia otwarcia o mocy 10 megaton. Wejście smoka.

Z takim obrazem w głowie jechałem na ten pierwszy mecz ręcznej. Spodziewałem się hali wielkości Pałacu Kultury, 60 tys. widzów na trybunach i dwumetrowych chińskich cyborgów wgniatających w parkiet Mariusza Jurasika.

Tymczasem, zobaczyłem malutką halkę wielkości czterech gimnastycznych w moim liceum na Saskiej Kępie, na trybunach pustki takie, że wycieczki szkolne nawet ich nie pozatykały.

Stanęliśmy wtedy innymi z polskimi dziennikarzami, pokiwaliśmy głowami, i zgodnie uznaliśmy, że co jak co, ale w ręczną to Chińczycy nie mogą być mocni. Gdyby byli, zbudowaliby większą halę i trybuny.

Godzinę później Polacy wgnietli ich w ziemię.  

W Kanadzie, jadąc na biatlon wiedziałem, że gospodarze mocni nie są, ale mimo wszystko, spodziewałem się jakiegoś, choć małego, Pałacu Kultury. Tymczasem, poczułem się jak na chińskiej piłce ręcznej. Maciupeńkie trybunki, a całość obiektu sprawia wrażenie ze cztery razy mniejszego niż w Turynie 2006 (a Włosi przecież też nie biatlonowi mocarze).

Kanadyjczycy zbudowali ten stadion bo musieli, ale upchnęli go między drzewami i drogą, w taki sposób, żeby było jak najbardziej ekologicznie, czyli żeby jak najwięcej miejsca zajmowały drzewa, a jak najmniej biatlon.

Tomasz Sikora, z którym rozmawiałem po jego treningu, zgodził się ze mną całkowicie. - Hokej, hokej, hokej i właściwie nic poza tym. Szkoda, bo jednak każdy z nas akurat na igrzyskach spodziewał się atmosfery na trybunach co najmniej takiej, jak na PŚ w Oberhofie, czy w Oestersund - powiedział.

No szkoda, ale my, Panie Tomku, przyjdziemy na pewno, może Pan być spokojny.

05:17, mastaar
Link Komentarze (1) »
Justyna wcale nie ślubowała ostatnia

W czwartek w strefie międzynarodowej wioski olimpijskiej w Whistler - tylko tam mają wstęp jednocześnie sportowcy i dziennikarze - odbyła się uroczystość ślubowania Justyny Kowalczyk i jej sztabu, czyli trenera Aleksandra Wierietielnego, serwismenów, fizjoterapeuty oraz lekarza. W sumie aż dziewięciu osób.

Na uroczystość przyjechał tłum polskich dziennikarzy i fotoreporterów, był też oczywiście prezes PKOl Piotr Nurowski, a także minister sportu Adam Giersz, który bez marynarki i krawata, w narciarskich spodniach i kurtce, był początkowo kompletnie nie do rozpoznania.

Uroczystość jak uroczystość. Justyna przeczytała tekst przysięgi, z głośników poleciał "Mazurek Dąbrowskiego", zdjęcia, wywiady - Justyna już od kilku dni ma nas serdecznie dość, więc było szybko, a hitowy tekst „proszę pana, przecież nie pofrunę", idealnie oddaje atmosferę na linii kandydatka do złotych medali - polskie media.

Prezes Nurowski w swojej mini-przemowie na wstępie użył, o ile dobrze pamiętam, zwrotu "ostatnie ślubowanie".

Okazało się, że nie było jednak ostatnie.

Bo kiedy już wszyscy zaczynali się powoli rozchodzić, nagle na salę wszedł niepozorny, lekko pochylony starszy pan, który trochę nieśmiało przewracał oczami po nieznanych mu pewnie w większości polskich twarzach. To trener Adama Małysza Hannu Lepistoe. I nagle oficjelom z PKOl przypomniało się, że on też ma ślubować. W ekspresowym tempie dostał więc pamiątkowy tekst przysięgi oprawiony w ramki, szybki uścisk dłoni prezesa. Nie było hymnu i żadnej pompy. Takie ślubowanie taśmowe. 

Po chwili Hannu stanął oko w oko z polskimi dziennikarzami. I kiedy po raz pierwszy w życiu usłyszałem na żywo tego człowieka, mówiącego w jedyny i niepowtarzalny sposób - po niemiecku z fińskim akcentem, od razu poczułem do niego niezwykłą sympatię. Ktoś, kto mówi w tak zabawny sposób, i na dodatek z wyglądu przypomina sympatycznego dziadka, musi być kimś wyjątkowym. Pierwszym skojarzeniem był Alex Ferguson. Tyle, że Sir Alex to żywe srebro, a Hannu Lepistoe wszystko robi w zwolnionym tempie. Nawet mówi po niemiecku.

Kiedy później, Robert Błoński, mój redakcyjny kolega, który za Adamem Małyszem jeździ od 2001 r., powiedział mi, jak wielkim szacunkiem skoczka cieszy się Fin, i że Adam uważa go za absolutnego geniusza skoków, wiedziałem że ta ceremonia była zdecydowania za skromna w porównaniu z tą pierwszą. 

Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk

Justyna Kowalczyk

PS. Hannu pojawił sie tak niespodziewanie, że nawet ja się zagapiłem. I nie zrobiłem mu zdjęcia.

05:01, mastaar
Link Dodaj komentarz »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 21
 
    follow me on Twitter