Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
niedziela, 12 lipca 2015
Djoković - dominator czasów defensywy

djoko

Przyznam się szczerze, że spodziewałem się bardziej zaciętego finału Wimbledonu, niż dzisiejsza wygrana Novaka Djokovicia z Rogerem Federerem 7:6 (7-1), 6:7 (10-12), 6:4, 6:3. Ten jeden wygrany przez Federera set, to i tak dużo, biorąc pod uwagę, jak ułożyła się końcówka drugiej partii - przypominam, że Serb zmarnował w niej siedem piłek setowych.

Dlaczego Djoković, mimo wszystko, wygrał tak pewnie?

Po pierwsze, chyba półfinałowe zwycięstwo Federera z Andym Murray’em jednak trochę zaćmiło nam obraz. Roger wygrał ten mecz w stylu, jaki pamiętamy z lat, gdy dominował totalnie. Bjorn Borg mówił nawet, że czuł się jakbyśmy przenieśli się 8-10 lat wstecz. I rzeczywiście tak pewnie serwującego Federera nie widziałem dawno, a do tego znów poruszał się leciutko, uderzał pewnie, emanowała od niego pozytywna energia. No i ten posągowy Stefan Edberg na trybunach - już sama mina Szweda sprawiała, że wielu fanów Federera czuło się pewniej. Kilka genialnych wyjść do siatki, lekkość ruchów, plus świetny serwis w kluczowych momentach, załatwiło sprawę ze Szkotem. 

Ale... po pierwsze tego dnia było ciepło, sucho, słonecznie, piłki po serwisach pewnie latały minimalnie szybciej niż w dniu finału, gdy zrobiło się pochmurno, bardziej wilgotno. Takie niuanse czasem mają znaczenie większe, niż mogłoby się nam wydawać.

Po drugie, znacznie ważniejsze, Djoković to nie Murray. Być może wielu z nas nie dałoby się nabrać na to, że szanse Federera są jakoś przesadnie większe niż np. przed rokiem, gdyby nie to, że Djoković miał ten pięciosetowy mecz z Kevinem Andersonem. „Serb gra słabiej, jest przybity przegranym finałem Rolanda Garrosa, a Federer gra lepiej, więc Szwajcar ma szanse na tytuł” - kombinowało pewnie wielu z nas. W końcu, jeśli Federer ma jeszcze gdzieś sięgnąć po tego 18. Szlema, to najprędzej właśnie na trawie, w Wimbledonie.

Ale finał sprowadził nas szybko na ziemię. Czasy się zmieniły, po Rafaelu Nadalu, który niszczył Federera swoim top-spinowym forhendem, pojawił się nowy dominator, też mistrz defensywy, ale w trochę innym stylu.

Djoković wysysa z rywali pozytywną energię, bo najlepiej gra zawsze kluczowe piłki. Nie licząc tego podarowanego w prezencie drugiego seta, w chwilach decydujących o losach meczu, grał po prostu wyśmienicie. Albo doskonale returnował - głęboko, mocno, albo wytrzymywał długie wymiany, prowokując Rogera do błędów, albo ratował się serwisem, gdy sam był w opałach. Taki właśnie jest Djoković - wysysa energię, zabiera nadzieję, podcina skrzydła, czy jak to jeszcze nazwiemy. Solidny, szybki, ślizgający się po trawie, niczym po mączce, nie popełniający wielu błędów - dużo mniej widowiskowy i finezyjny, ale jakże skuteczny w obronie i kontratakach.

Z jednej strony szkoda Federera, bo wygranie przez niego Wimbledonu w wieku niemal 34 lat, to byłaby wspaniała historia. Ale z drugiej strony - duży szacunek dla Djokovicia, że taki mecz wytrzymał. Przecież z tych 15 tys. widzów na trybunach, pewnie 14 tys. było za Federerem. Serb się nie dał ani Szwajcarowi, ani trybunom. Ma już dziewięć tytułów wielkoszlemowych, i wiele wskazuje, że to nie koniec. 

19:56, mastaar
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 30 czerwca 2015
Jurek, dorośnij, chłopaku

AP32188

Jerzy Janowicz po słabym meczu przegrał niespodziewanie w I rundzie Wimbledonu z reprezentującym Turcję Uzbekiem Marselem Ilhanem 6:7 (4-7), 4:6, 7:6 (7-4), 3:6. Niestety, choć ostatnie tygodnie w wykonaniu Polaka były obiecujące, w Londynie na kort wyszło najgorsze wcielenie Janowicza - grające nierówno, chaotycznie, na dodatek wpadające w spiralę złych emocji. Doprawdy nie pojmuję jaki sens ma ciągłe dyskutowanie z sędzią, denerwowanie się na okrzyki kibiców, przeklinanie, i strojenie min. Owszem, byli gracze, których złe emocje napędzały, choćby John McEnroe, czy Ilie Nastase, ale oni po emocjonalnych wybuchach grali lepiej i wygrywali. A Janowicz gra gorzej i przegrywa.

Janowicz złe emocje zabrał potem na konferencję prasową, którą zaczął od kuriozalnej prośby, żeby jeden z polskich dziennikarzy opuścił salę. To sytuacja absolutnie skandaliczna i chyba bezprecedensowa, bo owszem, tenisiści nie mają czasem ochoty rozmawiać z niektórymi mediami, ale tu nie chodziło o wywiad jeden na jeden, ale pomeczową konferencję. Gdyby był na niej przedstawiciel organizatorów lub zagraniczny dziennikarz, wybuchłby skandal, bo tak się po prostu nie robi. Jeśli Janowicz ma jakiś problem z konkretnym dziennikarzem, to od tego ma swojego menedżera, żeby przeprowadzić jakieś rozmowy wyjaśniające ewentualny spór. Naprawdę było na to mnóstwo czasu, ale przed turniejem. Wypraszanie dziennikarza z konferencji to ruch fatalny, zresztą przede wszystkim wizerunkowo dla samego zawodnika. Brak manier, żeby nie powiedzieć chamstwo, nigdy nie było dobrym nośnikiem reklamowym.

Gdy Janowicz wydukał już z siebie kilka słów o meczu, zapytałem go, czy jednak nie ma wrażenia, że złe emocje mu na korcie przeszkadzają, że gdyby spróbował lepiej nad nimi panować, grałby lepiej. - Nie, nie mam takiego wrażenia - rzucił niecierpliwie Janowicz.

Gdy patrzę dziś na gracza, który dwa lata temu sięgnął półfinału Wimbledonu i urwał w nim seta późniejszemu zwycięzcy Andy’emu Murrayowi, to do głowy przychodzi mi tylko słowo „samodestrukcja”.

Pamiętam, gdy w 2013 r. rozmawialiśmy razem z Bartkiem Gębiczem z „Przeglądu Sportowego” z Richardem Krajickiem, który mówił, że Janowicz to kandydat na czołową piątkę rankingu. - Z taką grą, może też na pewno wygrać Wimbledon - mówił Krajicek.

Ale w głowie mam też inny obrazek. Konferencja prasowa z Janowiczem w Wimbledonie rok później. Dziennikarz „New York Timesa” Ben Rothenberg przyszedł do Polaka, bo widocznie chciał napisać story o tym, jak sobie radzi półfinalista sprzed roku, wówczas jeszcze wciąż „jeden z największych talentów męskiego tenisa”. Zadał pytanie w stylu „co było dla ciebie najtrudniejszą rzeczą przez ten ostatni rok?”. Pytanie sensowne, bo  Polak miał problemy zdrowotne i spadł w rankingu. Janowicz skrzywił się, stęknął i odpowiedział: - Spadło mi killing ratio w grze komputerowej X.

Podał oczywiście jej nazwę, ale nie pamiętam co to była za strzelanka. Pan z „New York Timesa” więcej pytań nie miał. Nie dziwię się.

Zawsze starałem się oddzielać Janowicza z kortu od Janowicza spoza kortu, ale widzę, że się nie da. Coraz bardziej mam wrażenie, że Jurek wciąż gra w jakąś grę komputerową i tu, i tam. Tu do kogoś strzeli, tam kogoś walnie, raz wygra, raz przegra. Ma jeszcze siedem żyć.

Janowicz przestał robić postępy na korcie, ma wielki talent, o czym mówił nie tylko Krajicek, ale też Jim Courier, czy Mats Wilander, ale wszystko wskazuje na to, że go marnuje. W jego grze brakuje solidności, rzetelności, nie widać ciężko przepracowanych godzin na treningach. Jurek gra w jakąś strzelankę, ale niestety przegrywa. Ma 24 lata, ale czasem mam wrażenie, że raczej 14. 

piątek, 26 czerwca 2015
Wimbledon. Na początek - niezłe losowanie

REUTERS_684_21

Mogło być duuuuużo gorzej. Janowicz mógł trafić na Djokovicia, Ula Radwańska - na Serenę, a Magda Linette - na Szarapową. A Agnieszka Radwańska mogła dostać inną Czeszkę, np. Petrę Cetkovską, z którą ma bilans 0-4.

To, co wylosowano w piątek przy Church Road, to zestaw całkiem przyzwoity, pozwalający nawet wierzyć, że czwórka naszych singlistów może w komplecie zameldować się w II rundzie Wimbledonu.

Agnieszka Radwańska - Lucie Hradecka

Nim o rywalce, kilka słów o Agnieszce, która w Eastbourne właśnie awansowała do pierwszego w tym roku finału WTA. Zagrała w tym tygodniu świetne mecze z Pliskovą, Pironkową, a dziś powaliła Stephens, która walczyła na 100 procent, bo bardzo chciała awansować wreszcie do pierwszego w karierze finału WTA. Agnieszka na kilka dni przed Wimbledonem pokazuje najlepszy tenis w tym roku, na jej twarz wrócił uśmiech, w jej grze sporo jest zagrań agresywnych, dobrze działa pierwszy serwis. Oczywiście wciąż pamiętamy, że Eastbourne to tylko taka rozgrzewka przed Wimbledonem, ale dla kogoś, kto od stycznia pogrążony był w kryzysie, te kilka zwycięstw (a może cały turniej - jutro finał z Bencić) to może być zastrzyk pozytywnej energii na kolejne tygodnie. Oby tak właśnie było.

Hradecka (WTA 52) w teorii gra tenis bardzo nieprzyjemny dla Agnieszki - mocno i agresywnie. W tym roku pokonała m.in. Anę Ivanović (Australian Open), Anastazję Pawljuczenkową (Praga), Carolinę Garcię i Zarinę Diyas (Charleston). 30-letnia Czeszka to wyśmienita deblistka, wygrała dwa turnieje wielkoszlemowe plus jeden w mikście, doskonale gra przy siatce. Ale trawa nigdy jej nie leżała, to zdecydowanie jej najsłabsza nawierzchnia. Hradecka jest wysoka, dość solidnie zbudowana i poruszanie się po trawie nigdy nie należało dla niej do rzeczy łatwych. Dość powiedzieć, że jej bilans w Wimbledonie to 0-8, a licząc także eliminacje 1-9. Hradecka dużo lepiej czuje się na mączce i korcie twardym. Rozpędzona Agnieszka powinna sobie z nią poradzić.

Urszula Radwańska - Edina Gallovits-Hall

30-letnia Amerykanka w rankingu WTA zajmuje 299. miejsce, ale gra w Wimbledonie bez dzikiej karty i bez konieczności rywalizacji w eliminacjach, bo ma zamrożony ranking. Z powodu długotrwałej kontuzji, która w 2013 r. wyeliminowała ją na 18 miesięcy, może w dwóch Szlemach skorzystać z rankingu sprzed urazu. Ten ranking nie jest wysoki, ale pozycja numer 109. rzutem na taśmę wystarczyła, by Gallovits załapała się do głównej drabinki Wimbledonu.

Rywalka Urszuli przez wiele lat reprezentowała Rumunię (jej ojciec jest przedstawicielem mniejszości węgierskiej w tym kraju), obywatelstwo zmieniła niedawno, po ślubie z Amerykaninem. Od powrotu na kort jesienią 2014 r. Gallovits niczego specjalnego nie osiągnęła, gra w malutkich turniejach, oszczędzając zamrożony ranking na imprezy z większą pulą nagród (może z niego korzystać w ograniczonej liczbie imprez przez rok od powrotu). Rywalka Urszuli nigdy nie grała dobrze na trawie, jej specjalnością są korty ziemne. Ale patrząc na wyniki obu tenisistek w Szlemach, wychodzi remisowo - żadna nigdy nie przebiła się przez II rundę. Mam jednak nadzieję, że Urszula, o ile zagra skoncentrowana, z 30-letnią weteranką po przejściach powinna sobie poradzić. 

Jerzy Janowicz - Marsel Ilhan

Polak będzie zdecydowanym faworytem. Urodzony w Uzbekistanie Ilhan (ATP 80), który wyemigrował do Stambułu jako nastolatek, w tym sezonie na trawie nie wygrał jeszcze meczu (0-3), choć na innych nawierzchniach potrafił błysnąć - np. eliminując Feliciano Lopeza z Dubaju. Z Janowiczem (bilans na trawie 3-2) grał cztery lata temu w eliminacjach Wimbledonu i przegrał 13:15 w trzecim secie, ale to było jeszcze w czasach „starego Janowicza”, sprzed Paryża 2012 i Wimbledonu 2013. Polak jest nieobliczalny, gra w kratkę (choć ostatnio coraz lepiej), nigdy nie wiadomo, którą nogą wstanie z łóżka, ale z graczem w typie Ilhana - pozbawionym w arsenale jakichś wybitnych zagrań, i raczej specjalizującym się w grze na mączce - powinien sobie poradzić. Gorzej, że w II rundzie Janowicz jest na kursie kolizyjnym z Kevinem Andersonem. Tenisista z RPA jest na fali, właśnie grał w finale w Queen’s Clubie, a z Janowiczem ma bilans 2-0 (US Open 2014, Monte Carlo 2013). Anderson dorównuje Janowiczowi wzrostem - też ma 203 cm i potrafi wbijać gwoździe serwisami, ale ma coś, co Janowicz miewa tylko czasem - regularność robota.

Magda Linette - Kurumi Nara

Dla Linette ten sezon jest przełomowy, 23-letnia tenisista z Poznania, trenująca na co dzień w Chinach i Chorwacji, po raz pierwszy awansowała do czołowej setki rankingu, w maju zadebiutowała w Szlemie na kortach Rolanda Garrosa (trzysetowa porażka z Pennettą), a teraz przyszedł czas na debiut w Wimbledonie. - W I rundzie wolałabym uniknąć Sereny Williams, ale w drugiej? Czemu nie - śmiała się Polka, gdy rozmawiałem z nią dwa dni temu. I można powiedzieć, że jej życzenie prawie się spełniło. W I rundzie jest Japonka Kurumi Nara (WTA 57), a w II rundzie może być Petra Kvitova, czyli obrończyni tytułu. Z Narą, którą polscy kibice mogą pamiętać ze styczniowego Australian Open, gdy przegrała w I rundzie 3:6, 0:6 z A. Radwańską, Linette walczyła w tym roku w Kuala Lumpur. Mecz-horror skończył się wynikiem 7:5, 5:7, 7:6 (8-6) dla Japonki. Ale to było jeszcze w czasach, gdy Linette tak bardzo nie wierzyła w siebie. Teraz wierzy, a ja wierzę, że może zwyciężyć i stanąć do walki z Kvitovą.

Przypominam, że Ula i JJ grają w poniedziałek, Aga i Magda - we wtorek.

Trzymamy kciuki!

sobota, 07 lutego 2015
0-2 z Rosją, czyli Mission Impossible

Agnieszka Radwańska

Nie oszukujmy się, porażka Agnieszki Radwańskiej w pierwszym meczu ze Swietłaną Kuzniecową, właściwie przekreśla szanse Polek na wygranie ćwierćfinału z Rosją w Pucharze Federacji. Ten mecz to był klucz do ewentualnego zwycięstwa.

Urszuli Radwańskiej - przyznaję, gra ostatnio dużo lepiej niż w poprzednim sezonie i było to przez moment widać w niezłym drugim secie z Szarapową - będzie jednak bardzo trudno nawiązać walkę z zawodniczkami pokroju Szarapowej (co już widzieliśmy), Kuzniecowej i Pawluczenkowej. Wygrywała w swojej karierze mecze z takimi rywalkami, ale dawno temu, gdy ocierała się o pierwszą 30. rankingu. Dziś jest w drugiej setce. Ula powoli pnie się w górę, ale tej przepaści nie zasypiemy tak szybko.

Kluczowy mecz Agnieszka przegrała. Ale nie przez zbyt wolną nawierzchnię. Owszem, kort - jak na hardkort - jest dość wolny, Kuzniecowej to pasowało, bo miała więcej czasu, żeby ustawiać się do ataków, nie musiała specjalnie dużo biegać.

Kontrowersję wokół nawierzchni definitywnie rozwiewa jednak moim zdaniem wypowiedź kapitana Wiktorowskiego z konferencji prasowej. Powiedział m.in.: - Optymalnie byłoby, gdyby Kraków Arenę można było zamknąć na pół roku i zasiać w środku trawę, bo siostry Radwańskie najlepiej czują się na trawie. Wiadomo, że to niemożliwe, więc wybraliśmy hardkort, czyli drugą najlepszą dla nich nawierzchnię. Nie ma jednak technicznych możliwości, żeby kort kładziony w hali, na drewnianych deskach i malowany na szybko, w ciągu tygodnia miał takie same właściwości jak korty w turniejach, gdzie nawierzchnia jest na stałe. Kozioł piłki zawsze przy takim tymczasowym korcie w hali będzie nieco wyższy. ITF ma skalę szybkości kortów od 1 do 5. Prosiliśmy, żeby było między 3 i 4. Jest bliżej 3, więc kort nie jest jakoś bardzo szybki, ale bez przesady, to nie było decydujące. Warunki po obu stronach były takie same.

Zresztą, Agnieszka na konferencji też powiedziała wyraźnie: - W końcówce Kuzniecowa więcej ryzykowała w ważnych momentach. To było decydujące.

Niestety, taka jest prawda, że Agnieszce po prostu nie wyszedł ten mecz. Kuzniecowa ze swoją bardzo siłową grą, umiejętnością mocnego przyspieszania piłek nigdy jej nie leżała - stąd bilans 4-11. Ale błędów ze strony Agnieszki było za dużo (aż 43 UE według statystyk ITF), zabrakło być może nieco więcej ryzyka, ostrzejszej gry. Trudno porównywać ten mecz z przegraną z Venus Williams w Australian Open, bo warunki były inne. Ale oba te mecze na pewno łączy to, że decydujące partie Agnieszka zagrała po prostu słabo, bez prądu.

Co dalej? Wygranie meczu z Rosją to teraz Mission Impossible. Czyli niby się da, ale szansa jest 1 na 10000.

Nie wiadomo do końca, co zrobi teraz Anastazja Myskina, czyli kapitan Rosji. Szarapowa, zapytana na konferencji, ile jest prawdy w plotkach, że jutro nie zagra i zostanie zmieniona, odparła, że „na pewno zagra”. Ale po chwili Myskina zasiała już wątpliwości, bo na pytanie o zmiany w składzie, odpowiedziała: Zobaczymy”. I znacząco się zaśmiała.

Bez względu na to, czy wyjdzie Pawluczenkowa, czy Szarapowa, Agnieszka będzie miała kolejny must-win-match. Wcale nie taki łatwy, bo rywalka zagra uskrzydlona prowadzeniem 2-0. Przy optymistycznym scenariuszu - robi się 1-2. I na kort wychodzi Urszula. Musi pokonać Kuzniecową, której jak już wiemy, bardzo pasuje kort i właśnie wygrała z ósmą rakietą świata.

Czy w Krakowie zobaczymy jutro jakieś tenisowe cuda? Moim zdaniem nie, ale obym się mylił.

środa, 28 stycznia 2015
Navratilova, czyli kijem w mrowisko

Agnieszka Radwańska

Od początku uważam, że sprowadzenie Martiny Navratilovej do sztabu Agnieszki Radwańskiej to dobry pomysł. I mimo jej ostatniej publicznej krytyki Agnieszki w amerykańskiej telewizji, zdanie podtrzymuję.

Uważam, że Martina nieco przesadziła z doborem słów - mogła choć zaznaczyć wyraźnie, że już jest po rozmowie z Agnieszką w cztery oczy (powiedziała to dopiero później będącemu na miejscu wysłannikiem Onetu i Eurosportu). Mogła też wziąć małą poprawkę na to, że ich współpraca nie trwa rok, czy sześć miesięcy, ale dopiero się zaczęła.

Z drugiej jednak strony - to była amerykańska telewizja, gdzie przynajmniej jeśli chodzi o sport, poprawności politycznej i okrągłych zdań jest znacznie mniej niż u nas (Wyobrażacie sobie jak Nawałka mówi w Polsacie: Lewandowski fatalnie strzelał, Krychowiak źle podawał, a Szczęsny zagrał na jedynkę”?). Po drugie, to była Navratilova, czyli najbardziej niepokorna dusza w kobiecym tenisie. Osobowość, która zawsze mówiła co myśli, bez ogródek, prosto z mostu. Czy ktoś oczekiwał, że powie: Na analizy przyjdzie jeszcze czas, musimy to wszystko na spokojnie przemyśleć”.

Merytorycznie - moim zdaniem, trafiła w sedno. Szczególnie z pasywnością i brakiem walki w trzecim secie. Jeśli już z czymś przesadziła, to z jedynką w skali 1-10. To był raczej mecz na tróję z minusem, a nie na pałę. 

Wracając do meritum - warto trzymać się Navratilovej i próbować coś z nią osiągnąć, bo przez ostatnie trzy lata Agnieszka dreptała w miejscu. Wiemy już, gdzie jest w stanie dojść z teamem spokojnych, wyważonych trenerów - Tomaszem Wiktorowskim i Dawidem Celtem (którzy na spokojnie, mówią właściwie to samo, co Navratilova). Sprawdźmy, gdzie dojdzie z nieobliczalną Martiną. A Martina nie może nagle przestać być sobą. Mam nadzieję, że Agnieszka też to rozumie.

Jeśli tak, przed nami niezwykle ciekawy sezon.

niedziela, 25 stycznia 2015
Venus nie taka straszna?

Venus Williams

Agnieszka Radwańska zmierzy się w poniedziałek o 9 rano z Venus Williams w 1/8 finału Australian Open i będzie faworytką tego spotkania.

Z kilku powodów.

Po pierwsze, najważniejsze, Venus to już nie jest ta sama Venus co kiedyś. Ma 34 lata, jest najstarszą zawodniczką w Top 100 WTA. Ma za sobą kilka poważnych kontuzji, chorób i tysiące kilometrów w nogach. Amerykanka z godnym podziwu uporem dalej się stara, dalej chce grać na bardzo wysokim poziomie, żeby liczyć się w Wielkich Szlemach. I liczy się, gra bardzo dobrze, w Auckland kilkanaście dni temu pokonała w finale Karolinę Woźniacką. Poziom jej gry jest jednak niższy niż, gdy zdobywała siedem wielkoszlemowych tytułów.

Po drugie, zmieniła się też Radwańska, jeszcze w 2010 r. odbijająca się od Venus jak od ściany. Polka od 2012 r. pokonała Amerykankę trzykrotnie, nie straciła ani jednego seta. Radwańska, w porównaniu do 2010 r., lepiej dziś serwuje, jest nieco silniejsza fizycznie, nie daje się tak łatwo zepchnąć do defensywy. I nie chodzi tu nawet o efekt Navratilovej”, ale o zwykłe tenisowe dojrzewanie. Polka okrzepła w czołówce, nabrała większej pewności, to też ma znaczenie.

Po trzecie, Radwańska to dla Venus najtrudniejszy typ rywalki - świetnie się rusza, doskonale broni, potrafi grać płaskie, niskie piłki, do których ciężko się schylać, i za którymi ciężko nadążyć. Miesza grę - zmienia kierunki, rotacje, tempo itd. To wszystko będzie bardzo utrudniało Venus prowadzenie mocnego ostrzału, do czego jest przyzwyczajona. Amerykanka zazwyczaj popełnia sporo błędów, a Radwańska - o ile gra na normalnym poziomie - nie robi ich prawie wcale.

Nic dziwnego, że Polka jest faworytką bukmacherów i większości ekspertów. Ale, trzeba uważać.

Po pierwsze, to będzie mecz w sesji wieczornej, w dniu święta narodowego w Australii (26 stycznia to tzw. Australia Day - nie zdziwiłbym się, gdyby spotkanie przerwano na pokaz fajerwerków), mecz, na który wszyscy będą patrzeć, mecz o podwyższonym napięciu. I Agnieszka w rozgrywanym w takich warunkach pojedynku, będzie faworytką. Bywało już w Szlemach, że takiej presji nie potrafiła udźwignąć.

Po drugie, nie wiemy do końca jak zadziała „efekt Navratilovej” w tak ważnym pojedynku. W teorii Amerykanka siłą swojego autorytetu i dobrych rad powinna popchnąć Agnieszkę do szybkiego zwycięstwa. Ale nie wiemy, co dzieje się dokładnie w głowie Agnieszki, która zewsząd słyszy, że gra lepiej dzięki Navratilovej. Czy to nie wytworzy dodatkowej presji? Czasem, jak się bardzo chce zrobić coś dobrze, pokazać, że idziemy do przodu, wychodzi coś zupełnie przeciwnego.

I  po trzecie, Venus rzeczywiście gra ostatnio bardzo dobrze. Chyba rację mają ci, którzy mówią, że gra lepiej niż w zeszłym roku w sierpniu w Montrealu. Kto wie, jak mocne petardy odpali na korcie w poniedziałek.

Trzymam kciuki za Agnieszkę.

środa, 21 stycznia 2015
Janowicz - Monfils. Czekając na ucztę

Gael Monfils

W czwartek ok. 7.30 rano Jerzy Janowicz zmierzy się z Gaelem Monfilsem w hitowym nie tylko dla nas i Francuzów meczu II rundy Australian Open. Już sam fakt, że organizatorzy wyznaczyli spotkanie na wieczór miejscowego czasu i na drugi co do wielkości kort - Hisense Arena mieści 10,5 tys. widzów - świadczy o tym, że i Australijczycy, i cały tenisowy świat wiele sobie po tym starciu obiecuje.

Potencjalnie, teoretycznie, może to być wielkie widowisko.

Z jednej strony Monfils, czyli człowiek-guma, człowiek-szpagat i człowiek-odbiję-ci-piłkę-między-nogami. Jeden z najefektowniej grających tenisistów, showman jakich mało, o którym Novak Djoković powiedział kiedyś: - To jedyny zawodnik, za oglądanie którego jestem skłonny zapłacić pieniądze.

Z drugiej strony Janowicz, czyli człowiek-zaciśnięta-pięść, człowiek-wulkan-emocji, człowiek-rozdarta-koszulka i człowiek-zaserwuję-ci-250km/godz. Zawodnik, o którym Richard Krajicek i Jim Courier mówili w 2013 r.: - Ma potencjał, by być w ścisłej czołówce i wygrywać Szlemy.

Janowicz ma w sobie jakiś tajemniczy francuski gen szczęścia. Jego przygoda z wielkim tenisem zaczęła się jesienią 2012 r. w Paryżu od finału Mastersa. Potem przyszły efektowne zwycięstwa z Jo-Wilfriedem Tsongą i Richardem Gasquetem w Rzymie i kilka innych. Z Francuzami często Janowiczowi było po drodze.

Forma Polaka to jednak dla mnie wciąż zagadka - zapewniał, że w przeciwieństwie do poprzedniego roku, gdy do Australii pojechał niedotrenowany po operacji stopy, teraz ponoć czuje się świetnie. Ale mecz I rundy z Japończykiem Moriyą był nerwowy, trudny, pełen szarpaniny, z 13 podwójnymi błędami serwisowymi. Czy to tylko efekt nieznajomości rywala i tremy pierwszego meczu? Ciężko stwierdzić.

Ale Monfils, jak to Monfils, też gra w kratkę - raz robi szpagaty i się uśmiecha, raz ma meczbole z Federerem w ćwierćfinale US Open. Teoretycznie Francuz jest tym bardziej doświadczonym, zaliczył już pięć zwycięstw w imprezach ATP, grał w sześciu ćwierćfinałach Szlema.

Ale półfinałów mają tylko samo - po jednym. Janowicz z Wimbledonu 2013, Monfils - z Rolanda Garrosa 2008.

Francuz często gubi się w kluczowych momentach, gdy już, już ma odnieść wielki sukces, zrobić coś przełomowego, zawodzi go głowa. Ileż było takich zepsutych w końcówkach wielkich meczów.

Janowicz pod tym względem nie jest oczywiście lepszy, też bywa chimeryczny, nieobliczalny, często przesadza z nonszalancją, zwłaszcza przy dropszotach. W tym sensie można powiedzieć, że wiele ich łączy.

Monfils w Australii nigdy nie grał specjalnie dobrze - tylko raz w 2009 r. sięgnął IV rundy, najczęściej zatrzymywał się na trzeciej. Dla Janowicza, który w głównej drabince gra po raz trzeci, III runda to na razie szczyt możliwości.

Teoretycznie - jeśli obaj wstaną z łóżka prawą nogą - powinniśmy zobaczyć solidnie serwującego Monfilsa, który będzie też doskonale biegał, bronił się i kąsał Janowicza z kontrataków. Z drugiej strony - powinny polecieć serwisowe petardy, bomby z linii końcowej i kończące forhendy Janowicza. Co z tego wyniknie - Bóg jeden raczy wiedzieć.

Tylko, czy na pewno obaj wstaną jutro z łóżka prawą nogą.

wtorek, 20 stycznia 2015
Radwańska - wciąż wiadomo niewiele

Agnieszka Radwańska

To dobrze, że Agnieszka pewnie pokonała dziś w I rundzie Australian Open Japonkę Kurumi Narę 6:3, 6:0, bo jeśli chce się liczyć w decydującej fazie turnieju w przyszłym tygodniu, to przez początkowe rundy powinna przejść szybko, nie męcząc się specjalnie.

Przypomnę tylko, że jej najlepszy w karierze wynik w Wielkim Szlemie, czyli finał Wimbledonu 2012, nastąpił właśnie po takiej sekwencji czterech szybko wygranych meczów w pierwszej fazie - wtedy było 6:3, 6:3 w I r, 6:2, 6:1 w II r, 6:0, 6:2 w III r i 6:2, 6:3 w 1/8 finału.  

Otwarcie było więc bardzo dobre - przed rokiem trzy sety w Melbourne zaliczyła już w I rundzie z Julią Putincewą. Być może potem w półfinale z Cibulkovą miało to znaczenie, kto wie?

Myślę, że za wcześnie by oczekiwać już jakichś efektów współpracy z Navratilovą. Z jej wypowiedzi - Agnieszka jakoś bardziej milcząca na ten temat - wynika, że dopiero się poznają, docierają, że dopiero sprawdzają, które pomysły są dobre, a które nie. Ale jakiegoś ducha Martiny już chyba na korcie widać - akcji kończonych dynamicznymi wyjściami do przodu było ciut więcej (a może to tylko moje wishful thinking?).

Losowanie w tym roku wygląda na dobre, szczególnie po dzisiejszym dniu, gdy odpadły Petković i Pennetta, rozstawione w ćwiartce Agnieszki. Ale to tylko pozory, bo prawdziwe zagrożenia czają się zupełnie gdzie indziej. O ile o mecz w II rundzie z Johanną Larsson jestem raczej spokojny, to III runda z Varvarą Lepchenko lub Ajlą Tomljanović to może być jedna z takich zdradliwych pułapek. Leworęczna - a my przecież wyjątkowo nie lubimy leworęcznych - Amerykanka pokonała Agnieszkę w zeszłym roku DWUKROTNIE. A Tomljanović, potężnie zbudowana, ofensywnie usposobiona Australijka (od niedawna), wygrała raz, ale za do efektownie - w III rundzie Rolanda Garrosa.

Dalej też czają się pułapki, z których największa to Petra Kvitova, potencjalna rywalka w ćwierćfinale, kto wie, czy po tym jak zmieniła trenera od przygotowania fizycznego, nie główna faworytka do tytułu.

Wszyscy wiemy - Agnieszka ma wielki potencjał, świetną rękę, kibicujemy jej z całego serca, ale pamiętajmy, że do celu jeszcze bardzo daleko. Dopiero mecze z silnymi fizycznie, nieustępliwymi rywalkami w typie Lepchenko, czy Tomljanović to będą prawdziwe testy mocy dla Agnieszki.

Trzymamy kciuki.

niedziela, 30 czerwca 2013
Trzy polskie ćwierćfinały. Why not?

Jerzy Janowicz

Wierzę, że tak będzie. Wierzę, że Agnieszka Radwańska pokona w poniedziałek Cwetanę Pironkową, Łukasz Kubot - Adriana Mannarino, a Jerzy Janowicz - Juergena Melzera i w ćwierćfinałach Wimbledonu zobaczymy po raz pierwszy trójkę polskich singlistów. A w półfinale - co najmniej jednego, bo przecież Kubot wpada potem na Janowicza.

Radwańska po ciężkim meczu z Madison Keys, rywalką świetnie serwującą, uderzającą piłki bardzo mocno, powinna - tak coś czuję - wygrać z Pironkową pewnie. Na Agnieszkę takie trudne mecze, pod warunkiem, że wygrane, działają mobilizująco, uskrzydlająco. Oczywiście do gry Agnieszki, nieco zbyt pasywnej, szczególnie w drugim secie, można się było przyczepić. Ale Pironkowa to nie Serena Williams. Na razie jeszcze nie wspinamy się na Mt. Everest. Bułgarkę Polka świetnie zna, pokonała ją już siedem razy. Rok temu na trawie w Eastbourne przegrała w I rundzie, ale ta porażka nie będzie miała znaczenia. Agnieszka na Wimbledon mobilizuje się dużo mocniej - rok temu doszła po tamtej przegranej do finału. Pironkowa bardzo dobrze się rusza, jest dobra w defensywie, ale to chyba będzie styl sprawiający Agnieszce mniejszy kłopot niż rakietowy ostrzał Madison Keys.

W Kubota też wierzę, bo z Benoitem Paire zagrał - jak sam to określił - perfekcyjny mecz. I trudno się z nim nie zgodzić. Bardzo dobrze serwował, jego ofensywna taktyka i ciągłe wypady do siatki na trawie mają zabójczą skuteczność. Łukasz - mówił o tym m.in. - Tomasz Wiktorowski, trener Radwańskiej, to jeden z najlepiej returnujących na trawie tenisistów. Mannarino nie stracił jeszcze w tym turnieju serwisu, ale to nie jest duża sztuka, jeśli dwumetrowy John Isner kreczuje w drugim gemie pojedynku. Oczywiście trzeba uważać na niebezpieczną lewą rękę Francuza, ale 111. zawodnik światowego rankingu naprawdę wydaje się w zasięgu Łukasza. Martwię się trochę, czy Polak wytrzyma mecz kondycyjnie - w sobotę grał trzy godziny pięciosetowy mecz deblowy. Ale zapewniał nas na konferencji, że wolna niedziela to wystarczający czas na regenerację.

W Janowicza wierzę chyba najbardziej. To, co pokazał w pojedynku z Almagro, to był tenis z absolutnie najwyższej półki. Janowicz ma zadatki na tenisowego dominatora, gladiatora. W Wimbledonie mówią to na każdym kroku właściwie wszyscy - z Borisem Beckerem i Matsem Wilanderem na czele. Uwielbia grać przed wielką publicznością, na ostrzu noża. Melzer może urwać Janowiczowi seta, bo ma nieprzyjemny tenis, świetnie returnuje, ale nie wyobrażam sobie, że Polak - zakładając, że nie przytrafi się kontuzja - ostatecznie się z nim nie rozprawi.  

Jeśli sprawdzi się powyższy scenariusz, poniedziałek będzie wielkim dniem w polskim sporcie. Śmiem twierdzić, że polskie trio w Londynie zostanie zauważone na świecie bardziej niż wszystkie nasze londyńskie medale olimpijskie razem wzięte. A jeśli Janowicz - przepraszam Łukasz, ale w waszej konfrontacji, postawię jednak na niego - zagrałby w półfinale z Murrayem, będzie już trzęsienie ziemi. Co będzie, gdyby wygrał, boję się nawet pomyśleć.

Na razie zejdźmy jednak na ziemię. Trzeba wygrać 1/8 finału. Do boju, Polsko!



czwartek, 27 czerwca 2013
Czasy się zmieniły, Polacy idą w górę

Agnieszka Radwańska

Pamiętam moje pierwsze wyjazdy na Wielkie Szlemy w 2006 r. - na Wimbledon, gdzie Agnieszka, jako debiutantka doszła do IV rundy i przegrała dopiero z Kim Clijsters, a potem na US Open, gdzie w II rundzie pokonała ją Tatiana Golovin.

Polacy byli wtedy tenisowym marginesem. I na korcie, i poza nim. „Konferencje” prasowe z polskimi tenisistami odbywały się wtedy czasami „przy śmietniku”, tak nazywaliśmy zaułek w podziemiach Arthur Ashe Stadium, gdzie przyprowadzano nam Radwańską, czy Martę Domachowską, gdy nie było akurat żadnej wolnej sali, żeby nagrać na dyktafon kilka słów po ich meczach. W Londynie rozmowy nagrywaliśmy zazwyczaj w najmniejszych salkach prasowych, ponaglani często, bo w kolejce czekali już inni dziennikarze i ich zawodnicy.

Jak jest teraz? Mecz drugiej rundy Wimbledonu Agnieszka Radwańska, jako zeszłoroczna finalistka zagrała na korcie centralnym, jej konferencja prasowa po spotkaniu odbyła się w głównej sali prasowej. Przez pierwsze 10 minut pytania zadawano wyłącznie po angielsku - Amerykanie pytali o Serenę Williams, co Agnieszka sądzi o trawie, czy zgadza się z Szarapową i Azarenką, że nawierzchnia jest zbyt śliska. Po konferencji Agnieszka udzielała jeszcze wywiadów one-to-one kilku zagranicznym gazetom, i brytyjskiej telewizji, gdzie Mats Wilander i Annabel Croft rozprawiali z nią o robieniu pierogów, malowaniu włosów na blond, a trochę też o dropszotach i bekhendach.

Wieczorem w czwartek przyszła wiadomość, że Jerzy Janowicz zagra w piątek na korcie centralnym. Mecz rozstawionego z nr. 24 Polaka z Hiszpanem Nicolasem Almagro (15) wyznaczono między spotkaniami największych brytyjskich gwiazd - Laury Robson i Andy’ego Murraya.

Częściowo wynika to z tego, że Almagro to drugi najwyżej notowany zawodnik w tej części drabinki, ale coś czuję, że Brytyjczycy oczekują po prostu wielkiego widowiska, uznali, że Janowicz może im zrobić show. To wielkie wyróżnienie.

22-letni Polak to nietuzinkowy talent, widać to także na konferencjach prasowych. W Londynie budzi zainteresowanie zagranicznych mediów.

Dzięki Radwańskiej i Janowiczowi nasz tenis przeżył jakościowy skok w nadprzestrzeń. I widać to nie tylko na korcie. Jeszcze runda, dwie, i do nas, na czwarte piętro biura prasowego zaczną przychodzić zagraniczni koledzy przed meczami ze swoimi zawodnikami, wypytywać o smaczki, tak jak my kiedyś chodziliśmy do nich. Czasy się zmieniły, Polacy idą w górę.



 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 28
| < Wrzesień 2017 > |
Pn Wt Śr Cz Pt So N
        1 2 3
4 5 6 7 8 9 10
11 12 13 14 15 16 17
18 19 20 21 22 23 24
25 26 27 28 29 30  
Zakładki:
Inni blogerzy Sport.pl
Jestem też na
 
    follow me on Twitter