Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Janowicz - Monfils. Czekając na ucztę

Gael Monfils

W czwartek ok. 7.30 rano Jerzy Janowicz zmierzy się z Gaelem Monfilsem w hitowym nie tylko dla nas i Francuzów meczu II rundy Australian Open. Już sam fakt, że organizatorzy wyznaczyli spotkanie na wieczór miejscowego czasu i na drugi co do wielkości kort - Hisense Arena mieści 10,5 tys. widzów - świadczy o tym, że i Australijczycy, i cały tenisowy świat wiele sobie po tym starciu obiecuje.

Potencjalnie, teoretycznie, może to być wielkie widowisko.

Z jednej strony Monfils, czyli człowiek-guma, człowiek-szpagat i człowiek-odbiję-ci-piłkę-między-nogami. Jeden z najefektowniej grających tenisistów, showman jakich mało, o którym Novak Djoković powiedział kiedyś: - To jedyny zawodnik, za oglądanie którego jestem skłonny zapłacić pieniądze.

Z drugiej strony Janowicz, czyli człowiek-zaciśnięta-pięść, człowiek-wulkan-emocji, człowiek-rozdarta-koszulka i człowiek-zaserwuję-ci-250km/godz. Zawodnik, o którym Richard Krajicek i Jim Courier mówili w 2013 r.: - Ma potencjał, by być w ścisłej czołówce i wygrywać Szlemy.

Janowicz ma w sobie jakiś tajemniczy francuski gen szczęścia. Jego przygoda z wielkim tenisem zaczęła się jesienią 2012 r. w Paryżu od finału Mastersa. Potem przyszły efektowne zwycięstwa z Jo-Wilfriedem Tsongą i Richardem Gasquetem w Rzymie i kilka innych. Z Francuzami często Janowiczowi było po drodze.

Forma Polaka to jednak dla mnie wciąż zagadka - zapewniał, że w przeciwieństwie do poprzedniego roku, gdy do Australii pojechał niedotrenowany po operacji stopy, teraz ponoć czuje się świetnie. Ale mecz I rundy z Japończykiem Moriyą był nerwowy, trudny, pełen szarpaniny, z 13 podwójnymi błędami serwisowymi. Czy to tylko efekt nieznajomości rywala i tremy pierwszego meczu? Ciężko stwierdzić.

Ale Monfils, jak to Monfils, też gra w kratkę - raz robi szpagaty i się uśmiecha, raz ma meczbole z Federerem w ćwierćfinale US Open. Teoretycznie Francuz jest tym bardziej doświadczonym, zaliczył już pięć zwycięstw w imprezach ATP, grał w sześciu ćwierćfinałach Szlema.

Ale półfinałów mają tylko samo - po jednym. Janowicz z Wimbledonu 2013, Monfils - z Rolanda Garrosa 2008.

Francuz często gubi się w kluczowych momentach, gdy już, już ma odnieść wielki sukces, zrobić coś przełomowego, zawodzi go głowa. Ileż było takich zepsutych w końcówkach wielkich meczów.

Janowicz pod tym względem nie jest oczywiście lepszy, też bywa chimeryczny, nieobliczalny, często przesadza z nonszalancją, zwłaszcza przy dropszotach. W tym sensie można powiedzieć, że wiele ich łączy.

Monfils w Australii nigdy nie grał specjalnie dobrze - tylko raz w 2009 r. sięgnął IV rundy, najczęściej zatrzymywał się na trzeciej. Dla Janowicza, który w głównej drabince gra po raz trzeci, III runda to na razie szczyt możliwości.

Teoretycznie - jeśli obaj wstaną z łóżka prawą nogą - powinniśmy zobaczyć solidnie serwującego Monfilsa, który będzie też doskonale biegał, bronił się i kąsał Janowicza z kontrataków. Z drugiej strony - powinny polecieć serwisowe petardy, bomby z linii końcowej i kończące forhendy Janowicza. Co z tego wyniknie - Bóg jeden raczy wiedzieć.

Tylko, czy na pewno obaj wstaną jutro z łóżka prawą nogą.

środa, 21 stycznia 2015, mastaar

Polecane wpisy

 
    follow me on Twitter