Blog nie tylko o tenisie i niekoniecznie na serio. Autorem jest Jakub Ciastoń, dziennikarz Gazety i portalu Sport.pl
Blog > Komentarze do wpisu
Uwięzieni w Olympic Park

london 2012

Seb Coe ze swoimi kumplami z Locog uwięził nas wczoraj z Radkiem Leniarskim w Olympic Park. I nie chciał wypuścić przez niemal godzinę. Byliśmy na wielu olimpiadach, ale coś takiego spotkało nas pierwszy raz w życiu.

Ok. 19.30 skończyliśmy pracę i chcieliśmy wsiąść w czerwony autobusik, który zawsze woził dziennikarzy do stacji Stratford International - stamtąd można dostać się do kolejki DLR i wyruszyć w miasto. Spieszyliśmy się, bo chcieliśmy zdążyć na relację z ceremonii otwarcia w wynajmowanym przez nas domu we wschodnim Londynie.

Kiedy wyszliśmy z biura prasowego trochę się zdziwiliśmy, bo nie było żadnych autobusów.

- Dlaczego ich nie ma? - pytamy jegomościa w żółtej kamizelce.

- Bo nie jeżdżą - odpowiedział.

- Dlaczego?

- Bo zaraz będzie ceremonia otwarcia. W jej trakcie nie jeżdżą autobusy.

- Ale dlaczego?

- Ze względów bezpieczeństwa.

- To jak mamy stąd wyjść? My nie idziemy na ceremonię. Pracowaliśmy, a teraz chcemy jechać do domu.

Pan w żółtej kamizelce powiedział wtedy, że możemy wsiąść do autobusu, który rozwozi dziennikarzy do hoteli w centrum Londynu.

- Ale my nie mieszkamy w centrum. Chcemy się dostać do kolejki DLR. Da się stąd wyjść na piechotę? Pytanie było naturalne o tyle, że cały Olympic Park otacza sześciometrowy parkan z drutu pod napięciem. Są kamery, betonowe zapory, żołnierze, trochę jak w Belfaście w latach 70.

Pan w żółtej kamizelce zaczął się zastanawiać i po chwili odparł, że chyba się da i wskazał kierunek.

Ruszyliśmy. Przedrałowaliśmy z kilometr, ale natknęliśmy się na kolejnych panów w żółtych kamizelkach. Jeden z nich miał dwa metry, co jak się okazało za chwilę, miało pewne znaczenie.

- Bileciki na cereminię otwarcia panowie mają? - zapytali żółci.

- Nie, ale nie chcemy iść na stadion na ceremonię, chcemy stąd wyjść i pójść na kolejkę DLR. Do domu jedziemy.

- Nie możemy was przepuścić. Tylko z bilecikami na ceremonię.

- Ale przecież tam jest wyjście, my tylko sobie tam pójdziemy i wyjdziemy...

- Nie. Względy bezpieczeństwa. Za dużo ludzi.

- Gdzie? Nie widzimy żywej duszy, wszyscy są już na stadionie.

- Względy bezpieczeństwa.  

W tym momencie po raz pierwszy troszkę się zdenerwowaliśmy. Ale do dyskusji włączył się wspomniany dwumetrowy pan, i wierzcie mi, że nawet Radek Leniarski - 10 lat w kajakach, dwa w wojennej marynarce - musiał nieco przystopować.

Zrobiliśmy w tył zwrot. I drałowaliśmy z powrotem jakiś kilometr przez olimpijskie zasieki.

Poszliśmy do „Media help desk" w biurze prasowym.

- Chcemy stąd wyjść! - zaczęliśmy ostro.

- Autobusy do kolejki nie jeżdżą, ale są autobusy do hoteli.

- ALE MY NIE CHCEMY DO HOTELU! Hotele są w centrum, my mieszkamy 30 kilometrów w przeciwnym kierunku!

- Przepraszamy, ale chyba inaczej się nie da, choć... przy tych autobusach chyba też jest wyjście na piechotę.

Nadzieja wróciła, choć minęło już 30 minut. Idziemy do tych busów.

Tam - kolejni panowie w żółtych kamizelkach.

- Chcemy stąd wyjść.

- Jaki hotel?

- Nie chcemy do hotelu, chcemy na stację kolejki DLR.

- To nie tędy, musicie zawrócić...

- ALE TAM NAS NIE PUŚCILI!

- Aha. No to może jednak busik do hotelu? Gdzie panowie mieszkają?

- Tu i tu.

- Hmm... słabo... tam nie jeździ żaden autobus.

- A da się stąd wyjść na piechotę?

- No, nie bardzo.

- Czy możemy wsiąść do autobusu i wysiąść, jak już wyjedzie za bramę Olympic Park? Pójdziemy dalej na piechotę.

- Obawiam się, że to niemożliwe.

W tym momencie nie wytrzymałem, powiedziałem, że czuję się porwany, że jesteśmy zakładnikami, że to jest jakiś skandal, i że chcę się widzieć z przełożonym panów w żółtym.

Jeden z nich poszedł się naradzić. Wrócił, i mówi tak:

- Wiecie, teoretycznie można zamówić taksówkę, o tam - pokazuje. - Ale żeby ją zamówić, musicie iść do biura prasowego (pół kilometra w drugą stronę).

- Litości! Niech pan ją nam zamówi stąd. Stamtąd właśnie wracamy - błagamy.

- Nie mogę, nie mam telefonu.

- Proszę wziąć nasz!

- Chyba jednak nie...

- WRRRRRRRRRRRRRRRR!

Wtedy zapaliła się zielona lampka. Zaraz, zaraz, skoro tam podjeżdżają taksówki, to one są już na zewnątrz?

- No... tak - odparł pan w żółtym. - Ale tam nic nie ma, żadnych autobusów, tylko ten podjazd dla taksówek i samochodów.

- Nie ważne! Uciekamy!

No i po godzinie wyszliśmy z Olympic Park, ale dalej łatwo też  nie było. Bo wyjście prowadziło rzeczywiście donikąd - na skrzyżowanie bez nazwy, w industrialnej krainie mostów, mostków i plątaniny żelastwa. Do stacji metra (ale jeszcze nie tej naszej DLR) dotarliśmy po 30 kolejnych minutach marszu. Ale potem było już z górki - dwie przesiadeczki, 45 minut i byliśmy w domu. Zdążyliśmy chyba na Marry Poppins.

Fajnie pan to wszystko zorganizował, lordzie Coe.

sobota, 28 lipca 2012, mastaar

Polecane wpisy

Komentarze
2012/07/28 15:03:05
Cóż...
-
2012/07/29 16:07:05
Uwielbiam "dziennikarzy", którzy sądzą, że takimi opowiastkami kompromitują kogokolwiek oprócz siebie.
-
2014/06/14 13:17:19
Ciekawe, bo faktycznie organizacyjnie wydaje się to być jak regały do pokoju młodzieżowego - nie ma co w tym zepsuć. A jednak znaleźliście lukę w systemie...
 
    follow me on Twitter